Pudełko, którego już nie trzeba chować w szafie

Mam w domu kilka takich miejsc, które z zewnątrz wyglądają całkiem niewinnie, ale wystarczy otworzyć szafkę albo szufladę i człowiek natychmiast przypomina sobie, dlaczego od dawna tego nie robił. Kable, ładowarki, tasiemki, kawałki materiału, kleje, nożyczki, drobiazgi „na później”, rzeczy „do wykorzystania” i oczywiście kilka przedmiotów, których przeznaczenia nie pamiętam, ale skoro leżą tam od trzech lat, to najwyraźniej są niezwykle potrzebne. Organizacja domu brzmi bardzo poważnie, dopóki nie okazuje się, że czasem całą rewolucję można zacząć od zwykłego pudełka po butach.

Takie pudełko zazwyczaj nie zachwyca urodą, ale za to ma jedną ogromną zaletę — już je mamy. Wystarczy więc trochę je odmienić, żeby zamiast chować je na najwyższej półce szafy, można było spokojnie postawić je na regale. Moje dostało nowe ubranie z kawałka materiału, który został mi po wcześniejszym projekcie. Równie dobrze można wykorzystać resztkę tapety, papier kraftowy albo grubszy papier dekoracyjny. Nie potrzeba niczego szczególnie wymyślnego, bo sama forma pudełka jest prosta i właśnie taka ma pozostać.

Najpierw dopasowałam materiał do boków i wieczka, potem wszystko przykleiłam, starając się nie stworzyć przy okazji nowego nurtu artystycznego pod tytułem „zmarszczki i pęcherzyki powietrza”. Jak zwykle największym wyzwaniem nie było samo wykonanie, tylko moje przekonanie, że skoro coś robię własnymi rękami, to efekt powinien od razu wyglądać jak produkt z drogiego sklepu wnętrzarskiego. Na szczęście szybko mi przeszło, bo przecież cały urok takich rzeczy polega właśnie na tym, że nie są produkowane seryjnie.

Do pudełka dodałam jeszcze prosty uchwyt. Można wykorzystać kawałek paska ze starej torebki, fragment skóry ekologicznej albo mocniejszą taśmę. Dwa małe otwory, kilka minut pracy i zwykłe kartonowe pudełko zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Przy okazji dostało też konkretne zadanie, bo od teraz mieszkają w nim wszystkie drobiazgi, które wcześniej prowadziły bardzo swobodne życie po różnych szufladach i półkach.

Najbardziej lubię w tym pomyśle to, że można zrobić kilka takich pudełek i dopasować je do wnętrza. Jedno na kable, drugie na materiały do rękodzieła, kolejne na dokumenty albo rzeczy, które zawsze gdzieś znikają dokładnie wtedy, kiedy są potrzebne. Jeśli użyjemy tej samej tapety czy materiału, nawet zwykłe pudełka po butach mogą stworzyć na półce całkiem zgrabny zestaw.

I tak po raz kolejny okazało się, że porządki w domu nie zawsze wymagają kupowania organizerów, koszyków i pojemników w idealnie dobranych kolorach. Czasem wystarczy pudełko, które miało trafić do makulatury, kawałek czegoś ładnego do oklejenia i odrobina czasu. A potem można już z pełnym spokojem postawić je na widoku i udawać, że od początku właśnie taki był plan.

Codziennik Zadumanej #40

Dzisiaj dzień zaczął się od spektaklu. I to takiego, na który nie trzeba było kupować biletu, rezerwować miejsca ani nawet wychodzić z domu. Wystarczyło wstać odpowiednio wcześnie i spojrzeć przez okno. Niebo urządziło sobie przedstawienie w różu, czerwieni i pomarańczu, drzewa jeszcze tkwiły w półmroku, bloki wyglądały jak czarne dekoracje, a ja przez chwilę stałam i patrzyłam, zamiast jak zwykle od rana zastanawiać się, co mam zrobić, gdzie mam być i czego przypadkiem nie zapomnieć. Przy pobudkach przed świtem człowiekowi należy się chyba jakaś rekompensata i dzisiaj natura uznała, że wypłaci mi ją właśnie w takiej formie.

Potem poszłam do pracy i, ku mojemu lekkiemu zdziwieniu, wszystko po prostu się układało. Bez gaszenia pożarów, bez niespodziewanych katastrof, bez sytuacji wymagających natychmiastowego rozmnożenia się na trzy osoby. Po ostatnich dniach, kiedy szkoła mnie wchłonęła, przeżuła i wypluła, podchodziłam do tego spokoju z pewną nieufnością. Człowiek po kilku dniach jazdy na szóstym biegu zaczyna podejrzewać, że jeśli przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje, to znaczy, że coś właśnie zbiera siły. Nic jednak nie wyskoczyło zza rogu. Piątek najwyraźniej postanowił być dla mnie łaskawy.

A skoro piątek, to wróciłam również do tradycji, którą zapoczątkowałam w zeszłym roku. Po pracy wysiadam przy moim małym centrum handlowym i robię rundkę: Pepco, Dealz, Hebe. Nie dlatego, że czegoś szczególnie potrzebuję. Potrzeba jest w tej historii pojęciem zdecydowanie drugorzędnym. To bardziej taki mój piątkowy rytuał przejścia ze świata szkoły do normalnego życia. Wchodzę do Pepco tylko zobaczyć, co jest, w Dealzie oczywiście również tylko patrzę, a w Hebe już całkiem przypadkiem przypominam sobie, że przecież coś mogłoby mi się przydać. Bardzo lubię tę niewinną formę samooszukiwania się. „Tylko zajrzę” jest zresztą jednym z tych zdań, które brzmią rozsądnie wyłącznie przed wejściem do sklepu.

Wróciłam do domu, odpisałam jeszcze na librusową pocztę, bo najwyraźniej pełne opuszczenie szkoły wymaga ode mnie przejścia dodatkowej procedury wylogowania, i nagle… nic.

Naprawdę nic.

Nikt niczego ode mnie nie chce, nie mam dzisiaj stosu dokumentów do przygotowania, żadnego kryzysu do rozwiązania, żadnego „na już”, które powinno być zrobione najlepiej wczoraj. Dom stoi, zwierzęta funkcjonują, świat się kręci, a ja siedzę i trochę nie wiem, co zrobić z tym luksusem. Jeszcze kilka dni temu brakowało mi godzin w dobie, dzisiaj dostałam kawałek zwyczajnego, spokojnego wieczoru i niemal odruchowo zaczęłam rozglądać się za czymś, czym mogłabym go sobie zapełnić.

I właśnie wtedy pomyślałam o tym porannym niebie. Ono też niczego ode mnie nie chciało. Nie wymagało odpowiedzi, podpisu, terminu, przygotowania ani odhaczenia. Po prostu było. Piękne przez kilka minut, a potem zniknęło, robiąc miejsce zwyczajnemu dniu.

Może więc nie każdy dzień musi dostarczać materiału na wielką opowieść. Czasami największym wydarzeniem jest to, że wszystko idzie dobrze, po pracy można spokojnie obejść Pepco, Dealz i Hebe, odpisać na kilka wiadomości, a potem usiąść we własnym domu i stwierdzić, że właściwie nic się nie dzieje.

Po ostatnich dniach dochodzę do wniosku, że „nic się nie dzieje” jest mocno niedocenianą atrakcją.

I zamierzam dzisiaj korzystać z niej do zamknięcia.

Codziennik Zadumanej #39

Trzy dni ciszy w Codzienniku. Nie porzuciłam pisania, nie wyjechałam na bezludną wyspę i nawet nie zaszyłam się z książką pod kocem, chociaż ta ostatnia wersja brzmi zdecydowanie najlepiej. Po prostu szkoła mnie wchłonęła, przeżuła i po trzech dniach łaskawie wypluła. Osiem godzin w pracy okazało się przy tym najmniejszym problemem, bo szkoła bardzo sprytnie nauczyła się wychodzić ze mną do domu. Dokumenty przed pracą, dokumenty po pracy, dokumenty wieczorem, dokumenty do nocy, a potem pobudka o 4.45 i kolejna runda. Doszłam do etapu, w którym gdyby ktoś niespodziewanie zapytał mnie o imię i nazwisko, najbezpieczniej byłoby wyjąć dowód osobisty. Nie dlatego, że mam coś do ukrycia. Chciałabym po prostu udzielić odpowiedzi zgodnej ze stanem faktycznym.

Moje ukochane hasło „nie samą pracą człowiek żyje” na te trzy dni zostało oficjalnie wycofane z użytkowania z przyczyn niezależnych ode mnie. Jechałam na szóstym biegu, chociaż chwilami miałam wrażenie, że silnik już dawno świeci wszystkimi możliwymi kontrolkami, a ja nadal próbuję wyprzedzać. Dzisiaj wreszcie mogłam zredukować do trójki i nagle odkryłam, że poza szkołą istnieje jeszcze świat. Są ludzie, mieszkanie, zwierzęta, kawa, książki, balkon i podobno nawet czas wolny. Tego ostatniego jeszcze osobiście nie widziałam, ale wierzę, że istnieje.

Od poniedziałku ruszam z terapią, więc ostatnie dni upłynęły również pod znakiem wielkiej operacji logistycznej pod kryptonimem „ZKK”. Wysłałam rodzicom mnóstwo wiadomości z zaproszeniami na zajęcia i naiwnie mogłabym pomyśleć, że najtrudniejszą część mam za sobą. Nic bardziej mylnego. W odpowiedzi rozpoczął się koncert życzeń. Ten dzień nie, bo angielski. Ta godzina nie, bo angielski. Inna godzina byłaby świetna, tylko że właśnie wtedy ja mam lekcje albo inne zajęcia. I naprawdę rozumiem rodziców, bo każdy układa życie swojego dziecka najlepiej, jak potrafi, ale moja doba nadal ma dwadzieścia cztery godziny, tydzień siedem dni, a ja występuję w jednym egzemplarzu. Nie trzymam też w szufladzie zapasowego planu lekcji z trzydziestoma wolnymi okienkami, które mogę wyciągnąć na specjalne życzenie. Gdybym miała możliwość dopasowania wszystkim idealnych terminów, zrobiłabym to bez zastanowienia. Problem w tym, że czasami jedyny możliwy termin jest po prostu jedynym możliwym terminem, nawet jeśli prywatny angielski patrzy na niego z wyraźną dezaprobatą.

Na szczęście domownicy przez te trzy dni konsekwentnie pilnowali, żebym nie zapomniała o życiu poza szkołą. Hektor wszedł ostatnio w fazę żywieniową, którą trudno nazwać apetytem. On je jak opętany. Mam wrażenie, że jego dzień składa się z jedzenia, planowania następnego jedzenia oraz sprawdzania, czy przypadkiem podczas jego krótkiej nieobecności w kuchni nie pojawiło się jakieś nowe jedzenie. Do tego regularnie wychodzi na balkon, po czym po chwili wraca, żeby niedługo później znowu wyjść. Drzwi balkonowe stały się więc moim prywatnym urządzeniem rehabilitacyjnym. Wstaję, otwieram, siadam. Hektor wraca. Wstaję, otwieram, siadam. Hektor zmienia zdanie. Wstaję ponownie. Na brak ruchu naprawdę nie mogę narzekać, gnatki prostuję regularnie i bez wykupywania karnetu na siłownię. Podejrzewam nawet, że Hektor uważa to za swoją osobistą troskę o moją kondycję.

Przynajmniej skończyły się nocne szaleństwa i całe towarzystwo pozwala mi ostatnio spać, co przy pobudkach o 4.45 uznaję za przejaw ogromnej łaskawości. Widocznie zwierzęta doszły do wniosku, że człowieka nie należy całkowicie wykończyć, bo ktoś przecież musi otwierać saszetki i drzwi balkonowe.

Dom natomiast przez trzy dni radził sobie beze mnie tak, jak można się było spodziewać – nie radził sobie wcale. Pranie nie wykazało najmniejszej inicjatywy, kurze nie zdecydowały się na samodzielną ewakuację, rzeczy nie poodkładały się na swoje miejsca, a cała reszta obowiązków cierpliwie czekała, aż sobie o niej przypomnę. Przypomniałam sobie. Niestety. W sobotę pozostaje mi więc wjechać w mieszkanie spychaczem i sprawdzić, czy pod warstwą tego wszystkiego nadal znajduje się mój salon.

Dzisiaj jednak nie zamierzam nadrabiać całego życia w jeden wieczór. Trójka na skrzyni biegów jest wystarczająca. Po tych kilku dniach zrozumiałam zresztą, że moje „nie samą pracą człowiek żyje” wcale nie odeszło do lamusa. Przeciwnie – właśnie takie tygodnie najlepiej pokazują, po co mi ono jest. Czasami naprawdę nie da się zachować równowagi, odłożyć dokumentów o rozsądnej godzinie i pięknie podzielić doby pomiędzy obowiązki, odpoczynek i przyjemności. Życie nie zawsze współpracuje z naszymi mądrymi zasadami.

Ważne chyba tylko, żeby po tych kilku dniach na szóstym biegu umieć w końcu zdjąć nogę z gazu i nie uznać szaleńczego tempa za nową normę. Dokumenty zawsze znajdą następne dokumenty, kurz spokojnie poczeka do soboty, a Hektor bez najmniejszych wątpliwości przypomni mi, kiedy nadejdzie pora kolacji.

I tylko dowód osobisty będę jeszcze przez jakiś czas trzymała pod ręką. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapytał, jak się nazywam.

"Zamknięte drzwi" - Freida McFadden o tym, czy można uciec od tego, co mamy we krwi

Z Freidą McFadden mam już taki układ, choć ona oczywiście nic o nim nie wie. Ja otwieram książkę, zaczynam czytać, po kilkudziesięciu stronach jestem przekonana, że wiem, co się wydarzyło, a ona cierpliwie czeka, aż poczuję się wystarczająco pewnie. Potem robi swoje. Przy „Zamkniętych drzwiach” było dokładnie tak samo. I wiecie co? Wcale nie mam do niej pretensji. Wręcz przeciwnie. Właśnie za to ją uwielbiam.

Tym razem McFadden zaczyna naprawdę mocno. Jedenastoletnia Nora nie ma pojęcia, że kiedy odrabia lekcje w swoim pokoju, jej ojciec w piwnicy morduje kobiety. Prawda wychodzi na jaw dopiero wraz z pojawieniem się policji. Dwadzieścia sześć lat później Nora żyje już pod innym nazwiskiem, jest cenioną chirurg i zrobiła wszystko, żeby odciąć się od człowieka, którego była córką. Tyle że pewnego dnia zostaje zamordowana jedna z jej pacjentek. W sposób bardzo przypominający zbrodnie jej ojca.

I tutaj właściwie mogłabym przestać opowiadać o fabule, bo Zamknięte drzwi” są jedną z tych książek, którym nadmiar informacji przed czytaniem zwyczajnie szkodzi. Freida znowu podrzuca tropy, odwraca uwagę i sprawia, że podejrzani zaczynają wyrastać niemal za każdym rogiem. Historia prowadzona jest również poprzez powroty do dzieciństwa Nory, więc stopniowo poznajemy nie tylko to, co wydarzyło się kiedyś, ale przede wszystkim to, co zrobiło z nią dorastanie w takim domu. To zresztą właśnie psychologiczny aspekt historii, tempo i trudne do przewidzenia rozwiązanie często pojawiają się w opiniach czytelników. Książka ma obecnie 7,3/10 przy ponad 4400 ocenach na Lubimyczytać.

Ale wiecie, co mnie tym razem zainteresowało najbardziej? Pytanie, czy człowiek może naprawdę odciąć się od własnego pochodzenia.

Nora zmieniła nazwisko, zbudowała sobie nowe życie, zdobyła zawód, w którym zamiast odbierać życie, je ratuje. Mogłoby się wydawać, że zrobiła wszystko, co możliwe, żeby udowodnić przede wszystkim sobie, że nie jest swoim ojcem. A jednak przeszłość cały czas idzie kilka kroków za nią. Nie dlatego, że Nora zrobiła coś złego, lecz dlatego, że jest jego córką. I pomyślałam sobie podczas czytania, jak potwornie niesprawiedliwe potrafi być obciążenie człowieka cudzą winą.

Bo przecież nie wybieramy rodziców. Nie wybieramy domu, w którym dorastamy, ani tego, co wydarzyło się w nim, kiedy byliśmy dziećmi. Możemy natomiast zdecydować, kim będziemy później. Tylko czy sami zawsze w to wierzymy? I czy inni pozwolą nam zapomnieć, skąd przyszliśmy?

Freida bardzo sprytnie wykorzystuje ten niepokój. Nora jest narratorką, ale jednocześnie trudno całkowicie jej zaufać. Im więcej dowiadywałam się o jej przeszłości, tym częściej zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś przede mną nie ukrywa. I tu właśnie zaczęła się moja ulubiona zabawa: „Dobra, Freida, tym razem już wiem”.

Nie wiedziałam.

Oczywiście, że nie wiedziałam.

A najgorsze jest to, że byłam z siebie naprawdę zadowolona.

„Zamknięte drzwi” mają 344 strony, ale zdecydowanie nie są książką, którą czyta się przez tydzień, odkładając grzecznie po jednym rozdziale. Krótkie rozdziały, dwa plany czasowe i kolejne drobne odkrycia robią swoje. Czytelnicy również bardzo często piszą o tym, że książkę trudno odłożyć, choć część z nich uważa finał za trochę naciągany. Mnie to nie przeszkodziło. Ja od Freidy chcę przede wszystkim tego momentu, kiedy wszystko, co sobie pracowicie poukładałam, nagle rozsypuje się po podłodze.

I dostałam go.

Czy warto przeczytać?

No cóż… świetna. Nie będę nawet udawała powściągliwości. To dokładnie taka Freida McFadden, jaką lubię: szybko, niepokojąco, z tajemnicą, bohaterką, której nie jestem pewna, i zakończeniem, przy którym muszę przyznać autorce, że znowu wygrała.

Ale poza thrillerową zabawą została mi po tej książce jeszcze jedna myśl. Nie jesteśmy odpowiedzialni za to, od kogo pochodzimy. Jesteśmy odpowiedzialni za to, kim sami postanowimy zostać. I chyba właśnie dlatego historia Nory podobała mi się tak bardzo.

A Freida? Nadal bezpiecznie siedzi na pierwszym miejscu mojej listy. Chociaż po tylu jej książkach naprawdę powinnam już wiedzieć, że kiedy podczas czytania myślę: „mam cię”, to najprawdopodobniej właśnie ona ma mnie.

Stara ramka dostała drugie życie

Mam w domu kilka rzeczy, które od dawna funkcjonują w bardzo wygodnej kategorii „szkoda wyrzucić, na pewno kiedyś coś z tym zrobię”, a ponieważ owo „kiedyś” potrafi trwać całkiem długo, zdążyłam się już przyzwyczaić, że przekładam je z miejsca na miejsce i konsekwentnie udaję, że mam wobec nich jakiś plan. Jedną z takich rzeczy była stara ramka po zdjęciu, zupełnie zwyczajna, trochę już niemodna i zdecydowanie nie taka, którą chciałabym dziś postawić na półce, ale przecież nadal cała, więc wiadomo — nie kwalifikowała się do wyrzucenia.

W końcu doczekała się swojego dnia. Wyjęłam z niej stare zdjęcie, delikatnie przetarłam powierzchnię i przemalowałam ramę na spokojny, jasny kolor, który lepiej pasuje do mojego domu. Nie bawiłam się w idealne przygotowanie godne profesjonalnego renowatora zabytków, bo z zabytkiem również nie miałam do czynienia. Wystarczyło trochę farby, nieduży pędzel i odrobina cierpliwości, chociaż ta ostatnia, jak zwykle przy moich domowych projektach, była składnikiem najbardziej deficytowym.

Największą zabawą okazało się jednak wymyślenie, co włożyć do środka, bo tym razem nie chciałam kolejnego zdjęcia. Możliwości jest mnóstwo i właściwie każda z nich daje zupełnie inny efekt. Można wykorzystać kawałek ładnej tapety, resztkę papieru dekoracyjnego, który został po jakimś wcześniejszym projekcie, prostą grafikę wydrukowaną w domu albo kilka suszonych liści ułożonych na jasnym tle. Ja szczególnie lubię tę ostatnią wersję, bo wygląda naturalnie, spokojnie i nie wymaga kupowania absolutnie niczego poza tym, co już mamy albo znajdziemy podczas spaceru.

Cały sekret polega na tym, żeby nie przesadzić. Jedna gałązka, dwa liście albo ciekawy fragment papieru często wyglądają znacznie lepiej niż próba zmieszczenia w ramce całej kolekcji pomysłów z Pinteresta. Po włożeniu nowego środka moja stara ramka nagle przestała wyglądać jak przedmiot, który od kilku lat cierpliwie czeka na swoją kolej, a zaczęła przypominać dekorację kupioną specjalnie do tego miejsca. I właśnie wtedy człowiek zaczyna patrzeć podejrzliwie na pozostałe ramki stojące w domu, bo przecież każda z nich może być następna. 

Najbardziej lubię takie DIY, które nie wymagają wielkich zakupów, specjalistycznych umiejętności ani całego wolnego weekendu. Stara rzecz dostaje nowe życie, ja mam satysfakcję, że zamiast coś wyrzucić, wykorzystałam to ponownie, a dom zyskuje drobiazg, którego nie ma nikt inny. I chyba właśnie dlatego tak trudno mi potem cokolwiek wyrzucać, bo przecież zawsze istnieje ryzyko, że za pół roku okaże się idealnym materiałem na kolejny pomysł.

Codziennik Zadumanej #38

Wczoraj Codziennika nie było. Nie dlatego, że zabrakło mi tematów, weny albo wydarzeń godnych odnotowania. Zabrakło mi przytomności. Dopadła mnie taka śpiączka, że właściwie przespałam cały dzień i gdyby ktoś zapytał, co robiłam w sobotę, mogłabym odpowiedzieć krótko: spałam. Potem trochę spałam, a następnie, dla odmiany, poszłam spać. Oczywiście nie był to sen ciągły, bo mieszkam z kotami, a jaśnie wielmożni nie przewidują w regulaminie domu czegoś takiego jak niedyspozycja personelu. Saszeta sama się przecież nie otworzy, miseczka nie napełni, a człowiek, który leży bez ruchu przez podejrzanie długi czas, wymaga regularnego sprawdzania, czy przypadkiem nie zapomniał, po co został przyjęty do pracy.

Nie mam pojęcia, co mnie tak wyłączyło. Organizm najwyraźniej bez konsultacji ze mną zarządził całodniowy remont generalny i odciął zasilanie. Tym razem nawet nie próbowałam z nim negocjować, bo po ostatnich doświadczeniach z drzemką regeneracyjną wiem już, że planowanie snu w moim domu jest zajęciem dla ludzi o wyjątkowo bujnej wyobraźni. Najwyraźniej piętnaście minut odpoczynku nie jest dla mnie. Ja robię to z rozmachem – skoro regeneracja, to cały dzień. I chyba rzeczywiście tego potrzebowałam, bo dzisiaj obudziłam się jak nowonarodzona. Energia wróciła, głowa działa, świat wygląda zdecydowanie lepiej i nawet koty mogą sobie pozwolić na pozostanie na stanowiskach. Redukcji etatów w obsłudze nie będzie. 

A skoro już o zmianach w moim organizmie mowa, to od 1 stycznia jest mnie mniej o 15 kilogramów. Piszę „jest mniej”, bo ten proces jeszcze się nie skończył, ale sama liczba robi już na mnie wrażenie. Nie było w tym żadnej cudownej diety od poniedziałku, życia o liściu sałaty ani bohaterskiego patrzenia, jak inni jedzą coś dobrego. Po prostu od miesięcy bardziej zwracam uwagę na to, co jem, mocno ograniczyłam cukier i znalazłam sobie kilka rzeczy, dzięki którym nie mam poczucia, że za karę do końca życia pozostaje mi chrupać ogórka, kiedy reszta świata je ciastka.

I tutaj na scenę wchodzą one – ciasteczka z Dealza – bezcukrowe ciastka Gullón. Mała rzecz, a przez ostatnie miesiące naprawdę ratowała moje popołudnia. Kawa około czternastej czy piętnastej bez czegoś dobrego obok jest dla mnie trochę jak film bez zakończenia – teoretycznie można, tylko po co się tak męczyć. Dlatego właśnie te ciastka regularnie lądowały obok mojej filiżanki i pozwalały mi zachować poczucie, że zmiana sposobu jedzenia nie oznacza pożegnania ze wszystkimi przyjemnościami. Jeżeli ktoś również zwraca uwagę na cukier, warto na nie zerknąć. Z jednym drobnym zastrzeżeniem: fakt, że coś pasuje do naszego sposobu odżywiania, nie powoduje magicznie, że całe opakowanie staje się jedną porcją. Niestety. Sprawdzałam wzrokiem etykietę i nie znalazłam takiego przepisu. 

Te piętnaście kilogramów nauczyło mnie zresztą czegoś ważniejszego niż czytanie składów i szukanie zamienników. Coraz mniej wierzę w wielkie rewolucje, a coraz bardziej w małe rzeczy, które da się robić zwyczajnie, dzień po dniu. Trochę lepszy wybór przy zakupach, spacer, ciasteczko zamiast całej paczki, kawa bez wyrzutów sumienia, a czasami – jak wczoraj – pozwolenie sobie na przespanie niemal całego dnia, kiedy organizm wywiesza kartkę „nieczynne do odwołania”.

Bo dbanie o siebie chyba właśnie na tym polega – nie na robieniu wszystkiego idealnie, tylko na coraz lepszym rozpoznawaniu, czego naprawdę nam potrzeba. Wczoraj potrzebowałam snu. Dzisiaj potrzebuję kawy i dobrego ciastka.

A koty, jak zwykle, potrzebują obsługi. W tej kwestii od 1 stycznia nie odnotowano żadnego postępu.

"Iluzja doskonałości" - Agnieszka Peszek o tym, jak łatwo zgubić siebie w pogoni za doskonałością

Przy trzeciej książce Agnieszki Peszek zaczynam już zauważać pewien problem. Siadam tylko na chwilę, przeczytam rozdział, może dwa, przecież mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia… i nagle okazuje się, że tych rozdziałów było zdecydowanie więcej. Po „Przez pomyłkę” i „Dziewczynie z wnęki” przyszła kolej na „Iluzję doskonałości”, trzeci tom serii z Dorotą Czerwińską. I chyba mogę już oficjalnie powiedzieć, że moja polska Freida McFadden zadomowiła się na mojej półce na dobre. Sama autorka potwierdza zresztą, że właśnie taka jest kolejność pierwszych trzech części, choć każda opowiada osobną historię kryminalną.

Tym razem punktem wyjścia jest zaginięcie czteroosobowej rodziny. Znikają nagle, pozostawiając w domu swoje rzeczy, a nawet ukochanego psa. Nie ma żadnej oczywistej odpowiedzi na pytanie, co się wydarzyło, a sprawa, która trafia do Doroty Czerwińskiej, z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej zagmatwana. Równocześnie Dorota mierzy się z inną sprawą i coraz mocniej przekonuje się, że policyjna praca nie kończy się w chwili wyjścia z komisariatu. Zaczyna wchodzić także w jej życie prywatne.

Ale tym razem sama zagadka kryminalna wcale nie była dla mnie najciekawsza. Już tytuł „Iluzja doskonałości” świetnie podpowiada, gdzie warto spojrzeć trochę głębiej. Bo właściwie skąd wzięło się nasze przekonanie, że wszystko powinno być idealne? Idealny dom, idealna rodzina, idealny związek, idealna praca, idealne dzieci, idealne zdjęcia, idealne życie. I jeszcze koniecznie trzeba sprawiać wrażenie, że osiągamy to wszystko bez większego wysiłku. U Peszek ta fasada zaczyna pękać i właśnie to podobało mi się najbardziej. Oficjalny opis książki stawia zresztą bardzo podobne pytanie: czy w dążeniu do doskonałości można zabrnąć tak daleko, że przestaje mieć znaczenie nawet to, czy jest się dobrym człowiekiem.

Pomyślałam przy tej książce, jak łatwo oceniamy cudze życie po tym, co widać z zewnątrz. Patrzymy na rodzinę, małżeństwo, dom i mówimy: oni to mają dobrze. Tymczasem nie mamy najmniejszego pojęcia, co dzieje się po zamknięciu drzwi. Ile kosztuje utrzymywanie tego pięknego obrazka, co zostało pod niego zamiecione i kto płaci za to najwyższą cenę. Doskonałość bywa przecież bardzo efektowna z daleka. Dopiero z bliska widać wszystkie rysy.

I właśnie dlatego ten tom podobał mi się nie tylko jako kryminał. Jest tu zagadka, są tropy, podejrzenia i moje tradycyjne już przekonanie, że tym razem przechytrzę Agnieszkę Peszek. Nie przechytrzyłam. Zaczynam podejrzewać, że powinnam po prostu pogodzić się z porażką i czerpać z niej przyjemność. Ale obok tego dostałam temat, który spokojnie mógłby istnieć bez całej kryminalnej otoczki: ile jesteśmy gotowi poświęcić, żeby inni nadal wierzyli, że nasze życie jest doskonałe?

Czytelnicy bardzo często chwalą tę część właśnie za tempo, krótkie rozdziały i trudne do przewidzenia rozwiązanie. Pojawia się natomiast zarzut, który znam już z wcześniejszych tomów — że po bardzo dobrze budowanym napięciu zakończenie przychodzi zbyt szybko. Takie głosy powtarzają się zarówno w Legimi, jak i Audiotece. I coś w tym jest. Ja również chętnie zostałabym przy finale trochę dłużej, zamiast tak szybko żegnać się z historią. Nie zmienia to jednak faktu, że przez większość książki po prostu chciałam wiedzieć, co będzie dalej.

Czy warto przeczytać?

Tak. I jeśli zaczęliście serię od „Przez pomyłkę”, zdecydowanie nie zatrzymujcie się po drugim tomie. Mam nawet wrażenie, że z każdą częścią coraz bardziej lubię Dorotę i coraz bardziej odpowiada mi sposób, w jaki Agnieszka Peszek łączy kryminalną zagadkę z czymś, nad czym można pomyśleć już po zamknięciu książki. „Iluzja doskonałości” zostawiła mnie właśnie z taką myślą.

Może wcale nie potrzebujemy idealnego życia. Może wystarczyłoby takie, w którym nie trzeba bez przerwy udowadniać światu, że wszystko jest w porządku.

A ja oczywiście idę dalej. „Zabawa w zabijanie” już czeka, a po trzech spotkaniach z moją polską Freidą McFadden naprawdę nie będę teraz udawała, że potrafię się powstrzymać. 

Codziennik Zadumanej #37

Ktoś mądry powiedział mi dzisiaj, że umiejętność ucinania sobie krótkiej, regeneracyjnej drzemki można wypracować. Ponieważ od kilku dni około czternastej mój organizm zaczyna bardzo wyraźnie sugerować, że dalsza współpraca będzie możliwa dopiero po spełnieniu określonych warunków, pomyślałam, że może rzeczywiście warto się nauczyć. Dziesięć, piętnaście minut, człowiek zamyka oczy, wyłącza głowę, po chwili wstaje świeży, wypoczęty i gotowy do dalszego życia. Brzmi pięknie. Usiadłam więc wygodnie na kanapie, zamknęłam oczy i rozpoczęłam trening.

Minęło może kilkanaście sekund, kiedy Sisi uznała, że skoro siedzę bezczynnie, to najwyraźniej czekam na propozycję wspólnej zabawy. Piłeczka wylądowała na moim brzuchu. Nie zareagowałam, więc została zabrana i precyzyjnie przełożona na dłoń. Nadal nic. Wobec tak skandalicznego braku współpracy Sisi spróbowała jeszcze z nogą, potem ponownie z brzuchem, poprawiała położenie piłeczki, zdejmowała ją i układała w kolejnym miejscu, najwyraźniej szukając tego jednego magicznego punktu na moim ciele, który uruchamia człowieka. W końcu, nie otwierając nawet oczu, złapałam piłkę i rzuciłam w stronę suszarki z praniem. Nie trafiłam. Za drugim razem się udało.

Nastała cisza.

Na jakieś trzy sekundy.

Potem usłyszałam charakterystyczne dreptanie małych sisinych szkitek po panelach. Sisi rozpoczęła okrążanie suszarki, próbując ustalić, w jaki sposób odzyskać piłeczkę, którą jej wyjątkowo perfidnie unieszkodliwiłam. Leżałam z zamkniętymi oczami i słuchałam: tup, tup, tup… chwila ciszy… tup, tup, tup… kolejne okrążenie. W końcu pomyślałam, że może problemem jest pozycja siedząca. W poradnikach człowiek zapewne „układa się wygodnie”, więc postanowiłam pójść krok dalej i po prostu się położyć.

I zadziałało. Sisi się uspokoiła.

Wtedy zaczął Bubu.

Bubu nie widzi, więc kiedy obudził się na desce do prasowania, na której spał razem z Hektorem, i postanowił zejść, poinformował mnie o swoim problemie piszczeniem. Mogłam oczywiście udawać, że śpię, ale trudno osiągnąć stan głębokiej regeneracji, kiedy z okolic deski do prasowania dochodzi rozpaczliwe „miau”, a człowiek wie, że siedzi tam niewidomy kot zastanawiający się, gdzie właściwie kończy się świat. Wstałam, zdjęłam Bubu, wróciłam na kanapę, poprawiłam się, zamknęłam oczy i uznałam, że teraz już naprawdę zaczynam.

Bubu najwyraźniej uznał podobnie, bo chwilę później wskoczył prosto na mnie i rozpoczął ugniatanie mojego brzucha. Skoro nie udało się zasnąć, dostałam przynajmniej masaż. Przez chwilę pracował bardzo sumiennie, po czym bez słowa zakończył zabieg i ulotnił się do sypialni. Zostałam sama. Cisza. Oczy zamknięte. Ciało rozluźnione. Byłam coraz bliżej sukcesu.

I wtedy na deskę do prasowania wskoczył Riko.

Na desce nadal spał Hektor.

Hektor po przebudzeniu zdecydowanie nie należy do tych, którzy przeciągają się, uśmiechają do świata i z wdzięcznością witają kolejny dzień. Obudzony przez Riko przeszedł błyskawicznie od snu do furii i rozpoczęły się kocie zapasy. Deska zaczęła się niebezpiecznie kołysać, koty kotłowały się na niej w najlepsze, a ja po raz kolejny zerwałam się z kanapy, tym razem żeby ratować deskę, żelazko i wszystko, co znajdowało się w zasięgu walczących zawodników.

Riko ostatecznie uznał, że życie jest zbyt krótkie na konflikty i udał się na balkon. Hektor został. Problem polega na tym, że Hektor po drzemce jest zawsze głodny, a informowanie mnie o tym opanował do perfekcji. Nie miauczy bez sensu, nie chodzi za mną i nie liczy na domyślność. Hektor stosuje komunikację skuteczną: staje na stole i zaczyna zrzucać z niego przedmioty. Jeden po drugim. Tego dnia leżało tam kilka rzeczy zdecydowanie zbyt cennych, żeby pozwolić mu rozwinąć negocjacje, więc wstałam już naprawdę wściekła i poszłam do kuchni wyłożyć paniczowi saszetę.

A skoro już stałam w kuchni…

wstawiłam wodę na kawę.

Tak zakończyła się moja pierwsza próba wypracowania regeneracyjnej drzemki. Nie wiem dokładnie, ile trwała, ale w jej trakcie rzucałam piłką, obserwowałam psa okrążającego suszarkę, zdejmowałam niewidomego kota z deski do prasowania, zostałam wymasowana, rozdzielałam kocią bójkę, ratowałam wyposażenie domu, karmiłam Hektora i zrobiłam sobie kawę. Regeneracja pełną parą. 😁

Ktoś mądry miał więc rację — drzemkę prawdopodobnie można wypracować. Tylko podejrzewam, że ten ktoś nie mieszkał z Sisi, Bubu, Riko i Hektorem. Ja po dzisiejszym treningu dochodzę do wniosku, że niektórych rzeczy wcale nie trzeba w życiu opanować. Czasem lepiej zaakceptować własne warunki lokalowe, zrobić sobie kawę i odpocząć na jawie.

Przynajmniej wtedy człowiek widzi, z której strony nadciąga kot.

A skoro już dokładnie wiecie, kto odpowiada za spektakularną porażkę mojego pierwszego treningu drzemki regeneracyjnej, wypadałoby jeszcze pokazać wszystkich winowajców. I tu pojawił się kolejny problem, bo zrobienie wspólnego zdjęcia Sisi, Hektora, Riko i Bubu jest mniej więcej tak realne jak moja dzisiejsza piętnastominutowa drzemka. 😁 Każde z nich osobno potrafi wyglądać niewinnie jak aniołek, ale zgromadzenie całej czwórki w jednym miejscu, przekonanie ich, żeby przez kilka sekund pozostali tam, gdzie ich posadziłam, i jeszcze spojrzeli w stronę aparatu zdecydowanie przekracza moje możliwości organizacyjne. Dlatego dzisiejsze zdjęcie jest wygenerowane na podstawie ich prawdziwych fotografii i zdjęcia mojego salonu. Oni naprawdę tak wyglądają, salon naprawdę jest mój, tylko to zgodne posiedzenie całej czwórki nigdy się nie wydarzyło. Technologia zrobiła więc dla mnie to, czego natura zrobić nie zamierzała – zebrała wszystkich podejrzanych w jednym miejscu. 😁

Patrzę teraz na tę czwórkę i najbardziej bawi mnie to, że na zdjęciu wyglądają jak wyjątkowo zgodna, spokojna rodzina, która całe popołudnie spędza na cichym kontemplowaniu życia. Ja natomiast znam prawdę. Kilka minut wcześniej jeden domagał się piłeczki, drugi potrzebował pomocy przy zejściu z deski, trzeci wszczął awanturę, a czwarty rozpoczął zrzucanie przedmiotów ze stołu. I chyba właśnie dlatego nie zamierzam już dzisiaj walczyć ani o drzemkę, ani o ciszę idealną. W moim domu odpoczynek najwyraźniej nie polega na tym, że nic się nie dzieje. Polega na tym, że człowiek z czasem uczy się odpoczywać pośród tego całego zamieszania.

Chociaż po dzisiejszym eksperymencie nadal uważam, że kawa ma zdecydowanie lepsze warunki do rozwoju niż moja drzemka regeneracyjna. 😁

Świecznik z tego, co już miałam

Mam chyba wyjątkowy talent do odkładania różnych drobiazgów z myślą, że „kiedyś się przydadzą”. Drewniana podstawka, która od dawna nie miała żadnego konkretnego zajęcia, kilka świec z szuflady, trochę kamyczków i parę gałązek znalezionych podczas spaceru najwyraźniej właśnie doczekały się swojego „kiedyś”. Tym razem nie planowałam wielkiego rękodzielniczego przedsięwzięcia, bo najbardziej lubię te domowe pomysły, które powstają przy okazji i nie kończą się stołem zastawionym klejem, farbami oraz narzędziami, o których istnieniu człowiek jeszcze godzinę wcześniej nie miał pojęcia.

Na drewnianym spodku ustawiłam kilka prostych świec różnej wysokości, a wolne miejsca wypełniłam tym, co akurat miałam pod ręką. Kilka jasnych kamyków, nieduża szyszka, trochę drobnych gałązek i właściwie tyle. Niczego nie przyklejałam, nie mocowałam na wieczność i właśnie to podoba mi się w tym świeczniku najbardziej. Kiedy przyjdzie jesień, między świecami mogą pojawić się szyszki, żołędzie i kawałki kory, zimą kilka świerkowych gałązek, wiosną drobne kamyczki i zieleń, a latem muszelki przywiezione znad morza. Jedna podstawka, a dekoracja może zmieniać się razem z porą roku i moim aktualnym nastrojem, który w kwestii wystroju domu potrafi być zdecydowanie bardziej zmienny niż pogoda.

Przy takich dekoracjach zawsze przypomina mi się, że dom wcale nie potrzebuje ciągle nowych rzeczy. Czasem wystarczy zajrzeć do szafki, pudełka z różnościami albo tej szuflady, którą każdy ma, ale rozsądniej nie pytać, co dokładnie się w niej znajduje. 😄 Nagle okazuje się, że drewniana deseczka, której szkoda było wyrzucić, kilka niedopalonych świec i skarby przyniesione ze spaceru mogą razem wyglądać całkiem dobrze. Do tego nie ma presji, że kompozycja musi pozostać taka sama przez następne pięć lat, bo kiedy mi się znudzi, rozsypuję wszystko, chowam do pudełka i układam od początku.

I chyba właśnie takie tworzenie lubię najbardziej. Bez perfekcyjnego projektu, bez dokładnego odmierzania każdego centymetra i bez przekonania, że efekt końcowy musi wyglądać jak z katalogu. Ma pasować do mojego domu, sprawiać mi przyjemność i wieczorem dawać trochę ciepłego światła. Reszta jest naprawdę mało istotna.

Codziennik Zadumanej #36

Od poniedziałku obserwuję u siebie zjawisko na tyle niepokojące, że chyba powinnam zacząć prowadzić dokumentację. Jestem gotowa do wyjścia na autobus pół godziny przed czasem. PÓŁ GODZINY. Ja, która jeszcze niedawno potrafiłam jednocześnie szukać kluczy, dopijać kawę, sprawdzać zawartość torby i zastanawiać się, czy zdążę, podczas gdy zegarek bezlitośnie informował, że odpowiedź brzmi „raczej nie”. Nie wiem, co wydarzyło się podczas tych wakacji, ale od kilku dni siedzę ubrana, spakowana i patrzę na godzinę odjazdu z miną człowieka, który właśnie odkrył w sobie zupełnie nową osobowość. Na razie jej nie płoszę, bo całkiem mi się podoba, chociaż znając życie, któregoś ranka stara ja wróci bez zapowiedzi i dla równowagi będę zakładała buty w windzie.

Szkolny dzień minął spokojnie, a największa sensacja ostatnich dni znalazła szczęśliwy finał – zaginione książki się odnalazły. Wszystkie. Możemy więc oficjalnie zamknąć śledztwo w sprawie tajemniczego zniknięcia podręczników na trasie stolik–szafka i uznać, że szkolny Trójkąt Bermudzki chwilowo zaprzestał działalności. Od dzisiaj mam też w klasie nauczycielkę współorganizującą i po pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona. Dobrze mieć obok drugą osobę, która widzi, słyszy i może zareagować, zanim ja zdążę wyhodować sobie dodatkową parę oczu, o której nauczyciele marzą mniej więcej od września do czerwca.

Największym wyzwaniem tego tygodnia okazuje się jednak nie szkoła, tylko moje popołudniowe zjazdy energetyczne. Pierwszy punktualnie około czternastej, drugi koło szesnastej i wtedy mój organizm bardzo wyraźnie sugeruje, że działalność na dziś należałoby zakończyć. Z nieukrywaną zazdrością patrzę na ludzi, którzy potrafią położyć się na dziesięć minut, zamknąć oczy, zasnąć, obudzić się odświeżeni i dalej funkcjonować. Dla mnie dziesięciominutowa drzemka jest zjawiskiem równie abstrakcyjnym jak składanie prześcieradła z gumką w idealny prostokąt. Albo nie zasnę wcale i przez dziesięć minut będę intensywnie myślała o tym, że powinnam zasnąć, albo gdybym już jakimś cudem zasnęła, istnieje spore prawdopodobieństwo, że obudzę się trzy godziny później, nie wiedząc, jaki mamy dzień, rok i czy nadal pracuję w tej samej szkole. Regeneracja musi więc odbywać się innymi metodami.

Na szczęście dzisiaj wróciłam wcześnie, nawet bardzo wcześnie, i zamiast rzucić się na kanapę, wykorzystałam piękną pogodę na długi spacer z Sisi. Ona jak zwykle miała własny harmonogram i żadnych zjazdów energetycznych, bo przecież świat pełen krzaków, trawy i zapachów nie pozwala marnować czasu na kryzysy o czternastej. Potem przygotowałam się do jutrzejszych lekcji, ogarnęłam sociale i w pewnym momencie zorientowałam się, że właściwie mogę już przestać być produktywna. Wszystko, co naprawdę trzeba było zrobić, zostało zrobione, więc dalsze wynajdywanie sobie zajęć byłoby zwyczajnym proszeniem się o kłopoty.

Teraz ogłaszam oficjalne zamknięcie interesu. Dobry film, shake proteinowy, później książka i ani jednego „jeszcze tylko szybko”. Znam to „szybko” i wiem, że potrafi pożreć cały wieczór, a przecież ostatnio coraz bardziej zależy mi na tym, żeby po pracy naprawdę z niej wracać, nie tylko fizycznie przekraczać próg mieszkania. Może zresztą ta moja tajemnicza gotowość pół godziny przed autobusem wcale nie jest przypadkiem. Może po latach biegania zaczynam wreszcie odkrywać, że nie wszystko trzeba robić na ostatnią chwilę, nie każdą wolną przestrzeń wypełniać obowiązkami i nie każdy dzień kończyć dopiero wtedy, kiedy człowiek pada.

Jeżeli tak wygląda dojrzewanie do spokojniejszego życia, to jestem za. Tylko nie przywiązuję się jeszcze zbyt mocno do tej nowej, zorganizowanej siebie. Dajmy jej przetrwać chociaż do piątku. 

Codziennik Zadumanej #35

Drugi dzień szkoły i już wiadomo, że wakacyjna łagodność oficjalnie się skończyła, chociaż pogoda najwyraźniej nie dostała tej informacji i zafundowała nam dzisiaj piękny, ciepły dzień. W szkole powoli wracamy na właściwe tory, a moje drugoklasisty odebrały książki z biblioteki, co natychmiast dostarczyło nam pierwszej wrześniowej zagadki kryminalnej. Książki pojawiły się na stolikach, miały trafić do szafek, odległość wynosiła jakieś kilka metrów, a mimo to niektóre zdołały zaginąć w akcji. Fascynuje mnie dziecięca zdolność do gubienia przedmiotów na przestrzeni, którą dorosły jest w stanie objąć jednym spojrzeniem. Podejrzewam, że gdybyśmy kiedyś odkryli mechanizm tego zjawiska, fizyka musiałaby dopisać kilka nowych rozdziałów do podręczników.

Poza tym szkolna codzienność ruszyła pełną parą, więc pojawiły się dokumenty, potem kolejne dokumenty, a dla urozmaicenia jeszcze trochę dokumentów. Na szczęście pomiędzy papierami były dziecięce opowieści o wakacjach, pokazywanie przywiezionych pamiątek i ten cudowny entuzjazm, z jakim ośmiolatek potrafi opowiadać o czymś, co dorosły zamknąłby w trzech zdaniach. I dobrze, bo dzięki temu szkoła nie składa się wyłącznie z planów, podpisów, formularzy i miejsc, w których należy postawić krzyżyk. Właśnie te historie, śmiech i drobne dziecięce zachwyty przypominają mi, dlaczego mimo całej papierowej otoczki tak bardzo lubię swoją pracę.

Po powrocie do domu postanowiłam jednak zostawić szkołę tam, gdzie jej miejsce, czyli przynajmniej na kilka godzin poza własną głową. Pogoda była zbyt piękna, żeby zmarnować ją na siedzenie w czterech ścianach, więc ruszyłyśmy z Sisi na długi spacer. Po całym dniu słuchania, odpowiadania, pilnowania, organizowania i pamiętania za kilka osób jednocześnie zwyczajne chodzenie przed siebie działa na mnie lepiej niż niejeden wymyślny sposób na relaks. Sisi ma przy tym własną filozofię spacerowania, według której każdy krzaczek zasługuje na szczegółową kontrolę, każda interesująca kępka trawy wymaga zatrzymania, a pośpiech jest wynalazkiem człowieka i nie należy go popierać. Trudno się z nią nie zgodzić.

Po drodze odebrałam jeszcze moje suplementowe zaopatrzenie: omega, probiotyk z prebiotykiem oraz D3 z K2. Człowiek dochodzi do takiego momentu w życiu, kiedy paczka z suplementami cieszy niemal jak kiedyś nowa torebka, i nawet nie wiem, kiedy dokładnie nastąpiła ta przemiana. Wszystko zostało grzecznie ustawione, a ja mogę teraz z pełnym przekonaniem oczekiwać, że skoro już posiadam odpowiedni zestaw kapsułek, to energia, odporność i doskonała forma powinny pojawić się najpóźniej jutro rano. Byłoby miło, bo pranie nie wykazało najmniejszego zainteresowania samodzielnym rozwieszeniem, mieszkanie również nie zamierzało posprzątać się z wdzięczności za mój powrót, a rzeczy na kolejny dzień jakoś uparcie nie chciały przygotować się bez mojego udziału.

Teraz jednak dom powoli przechodzi w tryb wieczorny, a ja mam przed sobą tę część dnia, którą bardzo lubię. Czeka mój czytelniczy kącik i książki, zawsze dwie, bo najwyraźniej jedna to dla mnie zdecydowanie za proste rozwiązanie. Jedna jest dla rozwoju i ducha, żeby czasem zatrzymać myśli przy czymś głębszym, druga wyłącznie dla przyjemności, żebym mogła wejść w cudzą historię i na chwilę zapomnieć o własnych dokumentach, praniu oraz książkach szkolnych posiadających niezwykłą umiejętność teleportacji. Czytam je równolegle, zależnie od nastroju, bo jednego wieczoru potrzebuję czegoś, co zostanie ze mną na dłużej, a innego chcę po prostu przewracać kolejne strony i dobrze się bawić.

Chyba właśnie tak chciałabym prowadzić ten Codziennik również teraz, kiedy szkoła znów zabiera sporą część mojego dnia. Praca jest ważna, lubię ją i trudno byłoby uczciwie opowiadać o swojej codzienności, całkowicie ją pomijając, ale przecież moje życie nie kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem. Jest jeszcze Sisi i nasze spacery, dom, książki, moje małe rytuały, kawa, pisanie, zwyczajne obowiązki i te chwile, kiedy wreszcie można przestać patrzeć na zegarek. Może właśnie o to chodzi, żeby pośród wszystkiego, co trzeba zrobić, nie zgubić siebie w drodze od stolika do szafki.

Bo jak pokazuje dzisiejsze doświadczenie moich drugoklasistów, naprawdę różne rzeczy potrafią zaginąć na bardzo krótkim dystansie. 

"Dziewczyna z wnęki" - Agnieszka Peszek o tym, że przeszłość potrafi wrócić wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy

Dzisiaj miałam taki zwyczajny moment: kawa już prawie wypita, coś jeszcze do zrobienia w domu, a ja zamiast się ruszyć siedziałam z książką i mówiłam sobie, że przeczytam tylko kilka stron. Przy Agnieszce Peszek to jest chyba wyjątkowo ryzykowne założenie, bo krótkie rozdziały robią swoje, a potem człowiek orientuje się, że znowu „jeszcze tylko jeden” zamienił się w dobre pół godziny. Po Przez pomyłkę wiedziałam już, że chcę iść dalej za Dorotą Czerwińską, a Dziewczyna z wnęki tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja polska Freida McFadden naprawdę potrafi mnie zatrzymać przy książce.

To drugi tom cyklu i tym razem Dorota jest zdecydowanie bardziej na pierwszym planie. Autorka prowadzi równolegle dwie sprawy – tę współczesną i nierozwiązaną historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która dotyka również jej rodziny. Nie będę opowiadała Wam szczegółów, bo właśnie przy takich kryminałach im mniej się wie przed czytaniem, tym lepiej. Powiem tylko, że ten zabieg bardzo mi odpowiadał. Człowiek dostaje jeden trop, za chwilę drugi, zaczyna sobie wszystko układać, jest już prawie dumny ze swojej przenikliwości… i wtedy Peszek grzecznie zabiera mu tę satysfakcję. Recenzenci często podkreślają właśnie wielotorową intrygę, szybkie tempo i to, że finału trudno się domyślić, choć pojawiają się też głosy, że końcówka rozwiązuje część wątków trochę zbyt szybko.

Mnie najmocniej zostało jednak coś innego niż sama zagadka. Niewiedza. Ta książka bardzo dobrze pokazuje, jak potwornie męczące może być życie bez odpowiedzi. Kiedy ktoś znika, kiedy jakaś historia zostaje urwana, kiedy przez lata nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, człowiek nie ma nawet czego domknąć. Może tworzyć własne wersje, wracać do dawnych rozmów, zastanawiać się, czy czegoś nie przeoczył. I chyba właśnie to jest czasem trudniejsze niż najgorsza prawda – bo prawda przynajmniej stawia kropkę. Sama książka wraca zresztą do tej myśli wprost: najgorsza może być właśnie niewiedza.

Podobało mi się też, że druga część jest mroczniejsza niż Przez pomyłkę. Więcej tu napięcia, mniej poczucia, że czytamy po prostu klasyczne policyjne dochodzenie. Dorota jest już bohaterką, którą znamy trochę lepiej, więc łatwiej wejść również w jej emocje i prywatne uwikłania. Nie wszystko jest idealne i nie każdy dialog brzmi tak naturalnie, jak bym chciała, ale tym razem kompletnie nie przeszkadzało mi to w czytaniu. Chciałam wiedzieć, co dalej. A dla kryminału to chyba najlepszy komplement.

Czy warto przeczytać?

Tak, zdecydowanie. Szczególnie jeśli po Przez pomyłkę polubiliście Dorotę Czerwińską i chcecie zobaczyć, jak ta seria się rozwija. Dla mnie Dziewczyna z wnęki jest nawet bardziej wciągająca od pierwszej części: mroczniejsza, bardziej wielowątkowa i mocniej bawiąca się z czytelnikiem. Zakończenie mogłoby dostać trochę więcej miejsca, ale nie zmienia to faktu, że książkę zamknęłam z bardzo przyjemnym poczuciem: znowu mnie zrobiła w konia.

A skoro przy Agnieszce Peszek zaczynam mieć dokładnie to samo, co przy Freidzie McFadden – pewność, że tym razem na pewno wszystko rozgryzę – to chyba już wiadomo, jak skończy się moje spotkanie z kolejnym tomem. 😄

Codziennik Zadumanej #34

No i stało się. Wakacje oficjalnie zostały zamknięte, sandały mogą jeszcze wprawdzie protestować, kawa na balkonie nadal ma pełne prawo bytu, ale dzisiaj rozpoczęliśmy nowy rok szkolny i nie było już żadnego „jeszcze chwileczkę”. Uroczysta Msza Święta, rozpoczęcie, spotkania, znajome twarze, trochę organizacyjnego zamieszania i przede wszystkim moje dzieciaki, które jeszcze niedawno żegnałam jako pierwszaki, a dzisiaj wróciły już do mnie jako druga klasa. Większe, rozgadane, uśmiechnięte i najwyraźniej naprawdę stęsknione, bo usłyszałam nawet, że tęsknili i chcieli już przyjść do szkoły. Zamierzam zachować te słowa bardzo głęboko w pamięci, najlepiej w jakimś pancernym sejfie, żeby móc je sobie przypomnieć mniej więcej w listopadzie, kiedy na hasło „wyjmujemy zeszyty” ktoś zacznie patrzeć na mnie tak, jakbym właśnie zaproponowała trzygodzinny marsz przez pustynię.

Było dziś jednak dużo zwyczajnej radości. Dobrze było zobaczyć dzieci, porozmawiać z rodzicami, poczuć ich sympatię i tę atmosferę początku, kiedy wszyscy jeszcze mają świeże pokłady energii, nowe piórniki wyglądają jak nowe, gumki do mazania istnieją, kleje mają zakrętki, a kredki występują w pełnych kompletach. Przed nami cały rok, o którym dzisiaj właściwie nic jeszcze nie wiemy, i chyba właśnie to lubię w pierwszym września najbardziej. Można mieć plany, kalendarze, projekty, pomysły i pięknie poukładane dokumenty, ale prawdziwa historia tej klasy zacznie się dopiero jutro.

Po powrocie do domu rozsądny człowiek zapewne uczciłby rozpoczęcie roku odpoczynkiem. Na szczęście nikt nigdy nie oskarżał mnie o przesadny rozsądek w sprawach szkolnych, więc całe popołudnie spędzam na przygotowaniach do jutra. Układam, sprawdzam, drukuję, przekładam i dokładam kolejne rzeczy do zabrania, a sterta rośnie w tempie, które zaczyna budzić moje uzasadnione obawy, czy rano powinnam pojechać do szkoły autobusem, czy zamówić transport paletowy. Teoretycznie idę prowadzić lekcje w drugiej klasie, praktycznie wyglądam, jakbym planowała przeprowadzkę wraz z wyposażeniem niewielkiej placówki edukacyjnej. Jutro ruszę więc objuczona jak wielbłąd, z torbami, pomocami i całym tym nauczycielskim dobytkiem, który wieczorem wydaje się absolutnie niezbędny, a rano człowiek zaczyna się zastanawiać, czy naprawdę potrzebował wszystkiego naraz.

Na początek czekają mnie dwa tygodnie samych lekcji, więc można powiedzieć, że szkoła łaskawie przewidziała dla mnie wersję rozgrzewkową. Dopiero później dojdzie terapia i wtedy mój kalendarz pokaże swoje prawdziwe oblicze, a ja zapewne zacznę rozwijać umiejętność przemieszczania się pomiędzy salami z prędkością dotąd niespotykaną u przedstawicieli mojego gatunku. Na razie jednak nie będę wybiegać za daleko. Dzisiaj wystarczy mi świadomość, że wróciłam do tego mojego szkolnego szaleństwa i – co chyba najlepiej świadczy o tym, że wybrałam sobie właściwy zawód – naprawdę się z tego cieszę.

Bo można narzekać na dokumenty, rady, szkolenia, tabelki, terminy i tysiąc rzeczy dziejących się wokół samego uczenia, ale potem przychodzi pierwszego września dziecko, patrzy na człowieka z uśmiechem i mówi, że tęskniło. I nagle wszystko wraca na właściwe miejsce. Przypomina się, po co właściwie robimy całą tę resztę.

A teraz wracam do pakowania, bo sterta nadal rośnie. Jutro rano będę wyglądała jak wielbłąd wyruszający na miesięczną wyprawę przez pustynię, z tą drobną różnicą, że moja karawana zmierza do drugiej klasy. I pomyśleć, że idę tam tylko na kilka godzin.

Codziennik Zadumanej #33

Ostatni dzień sierpnia postanowił bardzo uprzejmie przypomnieć mi, że wakacje właśnie pakują walizki, a szkoła stoi już pod drzwiami i nawet nie zamierza udawać, że przyszła tylko na chwilę. O dziesiątej rada pedagogiczna, potem plan zajęć, uzupełnianie szkolnego kalendarza, drukowanie dokumentów do podpisu dla rodziców i cała ta przedwrześniowa układanka, w której człowiek próbuje przewidzieć najbliższe miesiące, chociaż doskonale wie, że szkoła ma wyjątkowy talent do produkowania rzeczy, których w żadnym kalendarzu przewidzieć się nie da. Patrzyłam na kolejne daty, wpisywałam, zaznaczałam, drukarka pracowała dzielnie, a mój mózg powoli przestawiał się z trybu wakacyjnego na nauczycielski, czyli taki, w którym jednocześnie pamięta się o piętnastu sprawach, szesnastą zapisuje na kartce, a siedemnasta przypomina się człowiekowi dokładnie wtedy, kiedy kładzie się spać.

Po powrocie przyszła pora na zadanie zdecydowanie poważniejsze niż cała dzisiejsza dokumentacja – outfit na rozpoczęcie roku. Jutro przecież trzeba wyglądać jak człowiek, który jest wypoczęty, przygotowany, doskonale zorganizowany i od tygodni z niecierpliwością czeka na pierwszy dzwonek. To, że jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, czy naprawdę muszę już mentalnie opuszczać wakacje, pozostanie między mną a tym Codziennikiem. Ubranie zostało więc wybrane, przymiarki zakończone sukcesem, a ja mogłam uznać, że przynajmniej w jednej dziedzinie jutrzejszy dzień mam pod kontrolą. Cała reszta niech się dzieje zgodnie z planem albo przynajmniej w jego ogólnych okolicach.

A potem poszłam na spacer i sierpień zrobił mi na pożegnanie prezent idealnie dopasowany do mojej natury – deszcz. Zamiast ostatniego wakacyjnego słońca dostałam mokre chodniki, szare niebo i powietrze, które pachniało tak, że moja wewnętrzna jesieniara natychmiast wyszła z ukrycia, poprawiła sobie niewidzialny szalik i oznajmiła, że właściwie to ona jest już gotowa. Jeszcze niedawno broniłam się przed zamykaniem okna w sierpniu, a dziś maszerowałam w deszczu całkiem zadowolona i pomyślałam, że moja lojalność wobec lata ma jednak bardzo krótką datę ważności. Wystarczy trochę chłodu, mokre liście pod nogami i odpowiednio ponure niebo, żebym zaczęła mentalnie ustawiać świece, wyciągać koce i zastanawiać się, kiedy picie gorącej kawy pod kocem przestaje być przesadą, a zaczyna oficjalnym sezonem.

Teraz natomiast leżę i pachnę. To bardzo ważny etap przygotowania pedagogicznego, o którym zdecydowanie za mało mówi się na szkoleniach. Wszystko, co mogłam zrobić na jutro, jest zrobione, dokumenty wydrukowane, outfit czeka, ja jestem wykąpana, wypielęgnowana i chwilowo nie zamierzam już niczego ulepszać, dopisywać ani sprawdzać. Jutro rano wstanę, ogarnę się, założę przygotowane ubranie i pójdę rozpocząć kolejny rok z moimi dzieciakami, które jeszcze chwilę temu były pierwszakami, a teraz wracają już jako pełnoprawna druga klasa.

I chyba właśnie dziś najmocniej poczułam ten moment pomiędzy. Wakacje jeszcze formalnie trwają, ale myślami jestem już trochę po drugiej stronie. Lubię swoją pracę i cieszę się na powrót do dzieci, choć wiem, że za chwilę zacznie się tempo, w którym dni potrafią przelatywać jeden za drugim, zanim człowiek zdąży się im dobrze przyjrzeć. Dlatego w tym roku chciałabym pilnować nie tylko szkolnego kalendarza, terminów, dokumentów i wszystkiego, co „trzeba”, ale również tych zwyczajnych chwil poza szkołą. Spaceru w deszczu, książki wieczorem, kawy wypitej bez pośpiechu, mojego pisania i czasu, w którym nie muszę być panią od niczego.

A dzisiaj już naprawdę niczego nie muszę. Leżę, pachnę i wyglądam na osobę całkowicie przygotowaną do rozpoczęcia roku szkolnego. Przynajmniej dopóki się nie podniosę i nie przypomnę sobie o czymś, co „koniecznie trzeba jeszcze wydrukować”. Dlatego dla bezpieczeństwa postanowiłam się nie podnosić. 😁

Osłonka na doniczkę za kilka złotych, czyli znowu szkoda mi było wyrzucić

Mam tę przypadłość, że zanim coś wyrzucę, najpierw patrzę na to kilka sekund dłużej, a potem włącza mi się bardzo niebezpieczne: „przecież można coś z tego zrobić”. I właśnie w ten sposób zwykła puszka po kawie zamiast grzecznie trafić do kosza została osłonką na doniczkę. Cała operacja nie wymagała ani wielkich zdolności artystycznych, ani osobnego pokoju do rękodzieła, ani zamówienia siedemnastu specjalistycznych produktów, które później przez trzy lata leżą w szufladzie. 

Puszkę dokładnie umyłam, odtłuściłam i pomalowałam farbą, którą już miałam w domu. Chciałam, żeby powierzchnia była trochę nierówna i przypominała kamień lub ceramikę, więc do farby dodałam odrobinę sody oczyszczonej. Można też wymieszać sodę z niewielką ilością kleju i zrobić delikatną strukturę przed malowaniem. Nie chodzi o idealnie gładką powierzchnię, wręcz przeciwnie, tutaj wszystkie nierówności pracują na naszą korzyść, co jest bardzo wygodne dla osób takich jak ja, które lubią tworzyć, ale cierpliwość do perfekcyjnego wygładzania kończy im się mniej więcej po trzecim ruchu pędzla. 😄 

Kiedy wszystko wyschło, dodałam kawałek zwykłego sznurka, bez kokardek, błyskotek i miliona ozdobników, bo chciałam, żeby osłonka była prosta i pasowała do mieszkania. Do środka wstawiłam doniczkę z rośliną i nagle puszka, która jeszcze dzień wcześniej nie przedstawiała sobą większej wartości dekoracyjnej, wyglądała całkiem przyzwoicie. Najbardziej lubię właśnie takie domowe DIY: tanie, nieskomplikowane i robione z tego, co akurat mamy pod ręką. Nie trzeba urządzać wielkiego projektu ani spędzać pół dnia przy stole, czasem wystarczy puszka, trochę farby i ten mój odwieczny problem z wyrzucaniem rzeczy, które „jeszcze mogą się przydać”. Tym razem, wyjątkowo, naprawdę się przydały.

Codziennik Zadumanej #32

Niedziela upłynęła mi pod znakiem bardzo ekscytującej dyscypliny sportowej pod tytułem „zrób dzisiaj wszystko, na co od jutra nie będziesz miała czasu”. Znam przecież siebie i doskonale wiem, jak wyglądają moje pierwsze tygodnie szkoły. Wchodzę rano z niewinnym przekonaniem, że tym razem zachowam równowagę między pracą a resztą życia, po czym szkoła mówi „potrzymaj mi kawę” i zanim się obejrzę, żyję planem lekcji, Librusem, przygotowaniami, terapią, pomysłami dla dzieci i rzeczami, które absolutnie koniecznie muszę zrobić jeszcze tylko dzisiaj. Dlatego postanowiłam wykorzystać ostatnią spokojną niedzielę i przygotować posty oraz wpisy na sociale na cały tydzień, żeby przyszła ja któregoś wieczoru mogła spojrzeć na dzisiejszą mnie z wdzięcznością, zamiast siedzieć o dwudziestej drugiej przed laptopem i zastanawiać się, co właściwie chciałam powiedzieć światu.

I tak sobie planowałam, pisałam, poprawiałam, przesuwałam, zaglądałam do kalendarza, po czym przypominałam sobie o czymś jeszcze i oczywiście otwierałam kolejną rzecz, bo najwyraźniej mój mózg również postanowił zrobić zapasy na zimę. W pewnym momencie zorientowałam się, że niedziela, która miała być spokojna, zaczyna podejrzanie przypominać dzień pracy, tylko bez konieczności wychodzenia z domu. Na szczęście tym razem w porę zarządziłam ewakuację, bo naprawdę nie zamierzam rozpoczynać roku szkolnego już zmęczona samym przygotowywaniem się do jego rozpoczęcia.

Wieczorem planuję więc zmianę repertuaru. Zamiast ekranu laptopa będzie domowe spa, a potem partyjka Snake Escape, czyli mojego ostatniego odkrycia telefonicznego, które miało być niewinną rozrywką, a okazuje się całkiem niezłym przygotowaniem do roku szkolnego. Trzeba w określonym czasie wyprowadzić wszystkie węże, każdy może ruszyć tylko do przodu, nie wolno dopuścić do żadnego zderzenia, a na pomyłki ma się zaledwie trzy szanse. Brzmi znajomo? 😁 Trochę jak zarządzanie klasą, tylko w Snake Escape przynajmniej wszyscy poruszają się zgodnie z zasadami i żaden wąż nie oznajmia nagle, że on nic nie zrobił, bo to tamten zaczął. Zobaczymy, czy po całym dniu planowania mój mózg będzie jeszcze zdolny przewidzieć, który powinien ruszyć pierwszy, czy po trzech minutach wszystkie trzy szanse pójdą w diabły, a ja uznam, że jednak książka jest bezpieczniejszą formą niedzielnej rozrywki. Potem już tylko książka na dobranoc i żadnego „jeszcze szybko sprawdzę”, bo znam również tę pułapkę. „Szybko” w internecie jest jednostką czasu obejmującą wszystko od pięciu minut do półtorej godziny.

Niby więc dzisiaj nic szczególnego się nie wydarzyło, ale coraz bardziej lubię właśnie takie dni. Bez wyjazdów, wielkich wydarzeń i historii, które aż proszą się o zapisanie. Zwyczajna niedziela, trochę pracy, trochę przewidywania własnego chaosu, a na koniec kilka małych przyjemności. Może zresztą wcale nie trzeba codziennie mieć czego opowiadać, żeby dzień był dobry. Życie nie składa się przecież wyłącznie z chwil, które nadają się na pierwszą stronę pamiętnika; ogromna jego część dzieje się pomiędzy nimi i chyba właśnie tam najłatwiej poczuć, że jest nam po prostu dobrze.

We wtorek zaczynamy już naprawdę. Jutro zostaje mi jeszcze jeden dzień tego dziwnego zawieszenia między wakacyjnym „mam czas” a szkolnym „dlaczego jest już wieczór i skąd się wzięło tyle rzeczy do zrobienia?”. Tornister wprawdzie mnie ominie, ale cała reszta szkolnego świata już stoi w blokach startowych i podejrzewam, że we wtorek wystartuje bez najmniejszej rozgrzewki. Mam tylko jedno ambitne postanowienie na ten rok: nie pozwolić, żeby praca, którą naprawdę lubię, zjadła wszystko inne, co również lubię. Zamierzam pamiętać o książkach, moim kąciku, spokojnych wieczorach, pisaniu i zwyczajnym nicnierobieniu, chociaż znając siebie, już za chwilę mogę próbować wcisnąć „jeszcze tylko jedną rzecz” pomiędzy kolację a mycie zębów. 😁

Na wszelki wypadek dzisiejsza ja przygotowała więc posty na cały tydzień. Najwyraźniej zna wrześniową mnie znacznie lepiej, niż chciałabym przyznać. 😁

Codziennik Zadumanej #31

Sobota w polskim domu ma swoje prawa i najwyraźniej tylko Hektor nie został o nich poinformowany. Od rana trwało więc to, co w soboty trwać musi: pralka kręciła kolejne rundy, rzeczy wędrowały z miejsca na miejsce, odkurzacz przemierzał mieszkanie, zakupy same oczywiście zrobić się nie chciały, a gdzieś w tle czekało jeszcze prasowanie, które od lat konsekwentnie udowadnia mi, że potrafi się rozmnażać bez najmniejszej ingerencji człowieka. Wystarczy odwrócić wzrok, a sterta jest większa. Fenomen przyrodniczy, którego nauka wciąż chyba należycie nie zbadała.

W samym środku tego domowego zamieszania był jednak ktoś, kto zachował godny podziwu spokój. Hektor. Człowiek biega, sprząta, przekłada, wyciera, wynosi, przynosi i próbuje sobie przypomnieć, po co właściwie wszedł do kuchni, a ten leży zwinięty na swoim posłaniu, ukryty za liśćmi i śpi tak głęboko, jakby właśnie zakończył dwunastogodzinną zmianę w kopalni. Łapki elegancko złożone, brzuszek wystawiony, mina niewiniątka i absolutna pewność, że cały ten sobotni cyrk odbywa się bez jego udziału. Patrząc na niego, można wręcz odnieść wrażenie, że to ja mam jakieś dziwne hobby polegające na lataniu ze ścierką po mieszkaniu, podczas gdy normalni mieszkańcy tego domu odpoczywają.

Najbardziej rozczula mnie kocia umiejętność całkowitego ignorowania spraw, które ludzie uznali za pilne. Hektor nie wie, że pranie trzeba rozwiesić natychmiast, bo inaczej się wygniecie, a później trzeba będzie prasować to, czego można było nie prasować. Nie interesuje go, że skończyło się coś, co koniecznie trzeba kupić właśnie dzisiaj, ani że podłoga pięć minut po umyciu przestaje wyglądać jak podłoga pięć minut po umyciu. On ma swoje priorytety: zjeść, sprawdzić, czy przypadkiem nie można zjeść ponownie, znaleźć najlepsze miejsce do spania, a następnie odpocząć po trudach związanych z realizacją trzech poprzednich punktów. I zaczynam podejrzewać, że to właśnie koty, a nie wszystkie poradniki o równowadze życiowej, opanowały temat najlepiej.

Bo prawda jest taka, że ja lubię te moje zwyczajne soboty. Lubię moment, kiedy po całym tym krzątaniu mieszkanie jest ogarnięte, zakupy schowane, pralka wreszcie milczy, a człowiek może usiąść z przyjemnym poczuciem, że zrobił wszystko, co miał zrobić. Tylko może nie zawsze trzeba dochodzić do tego momentu na ostatnich procentach baterii. Świat naprawdę nie runie, jeśli jakaś koszulka poczeka na żelazko do jutra, kurz przeżyje kilka dodatkowych godzin w kącie, a ja zamiast szukać sobie kolejnego zajęcia po prostu usiądę.

Dzisiaj więc zamierzam trochę pouczyć się od Hektora. Nie pójdę wprawdzie spać na drapaku za fikusem, bo mogłoby się to skończyć koniecznością zakupu nowego drapaka, fikusa i prawdopodobnie kręgosłupa, ale oficjalnie uznaję sobotnie obowiązki za zakończone. Reszta może poczekać.

Hektor od rana wiedział, że może. 😁

"Przez pomyłkę" - Agnieszka Peszek o tym, że przeszłość zawsze wystawia rachunek

We wtorek wieczorem miałam plan idealny: poczytam chwilę przed snem. Naprawdę chwilę. Tylko że moje „jeszcze jeden rozdział” ma mniej więcej tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co „wchodzę tylko po jedną rzecz” wypowiedziane przed wejściem do sklepu. Szczególnie kiedy trafiam na książkę z krótkimi rozdziałami, bo przecież następny zajmie tylko kilka minut. Potem kolejny też tylko kilka. I nagle robi się zdecydowanie później, niż rozsądek przewidywał. Tak właśnie czytało mi się „Przez pomyłkę” Agnieszki Peszek od razu muszę Wam coś powiedzieć: chyba znalazłam moją polską Freidę McFadden. A jeśli zaglądacie tu częściej, wiecie, że z moich ust to naprawdę duży komplement. Za Freidą szaleję przede wszystkim dlatego, że uwielbiam moment, w którym jestem już święcie przekonana, że wszystko rozgryzłam, po czym okazuje się, że autorka właśnie wyprowadziła mnie na spacer w zupełnie niewłaściwym kierunku. Agnieszka Peszek dała mi bardzo podobną przyjemność z czytania.

Nie będę opowiadała Wam fabuły, bo przy takich książkach najlepiej wiedzieć jak najmniej. Powiem tylko, że „Przez pomyłkę” jest historią, w której przeszłość bardzo mocno upomina się o swoje. Autorka prowadzi opowieść na kilku płaszczyznach czasowych i pokazuje wydarzenia z perspektywy różnych osób. Początkowo trzeba więc trochę uważniej czytać, ale bardzo szybko zaczęło mi się to podobać, bo z każdego fragmentu dostawałam kolejny kawałek układanki. I oczywiście układałam. Przesuwałam elementy, podejrzewałam jednego, potem drugiego, byłam coraz bardziej zadowolona ze swoich detektywistycznych zdolności… aż Agnieszka Peszek przypomniała mi, że może jednak nie powinnam jeszcze składać podania do wydziału kryminalnego.

Najbardziej została ze mną jednak nie sama zagadka, lecz przeszłość. To, jak wydarzenia sprzed wielu lat potrafią siedzieć w człowieku znacznie dłużej, niż chciałby przyznać. Można wyjechać, dorosnąć, urządzić sobie życie, udawać przed światem, a czasem nawet przed samym sobą, że pewne sprawy zostały zamknięte. Tylko że nie wszystko da się schować do szuflady i przekręcić klucz. Szczególnie jeśli po drodze zostały krzywda, poczucie winy, zazdrość czy niewypowiedziane pretensje. Właśnie ten motyw konsekwencji dawnych decyzji podkreślają również czytelnicy w swoich recenzjach.

Podobało mi się też, że bohaterowie nie są tutaj grzecznie podzieleni na dobrych i złych. Im dłużej ich poznajemy, tym trudniej wydawać proste wyroki. Każdy coś niesie, każdy ma swoją wersję wydarzeń, swoje słabości i rzeczy, o których najchętniej nigdy więcej by nie mówił. I chyba właśnie dlatego ta historia tak dobrze pokazuje, jak niebezpieczne potrafi być ocenianie człowieka na podstawie tego, co widzimy dzisiaj.

Czy wszystko było idealne? Nie. Momentami chciałabym trochę głębiej wejść w psychikę niektórych postaci, a przy kilku rozwiązaniach można się zastanawiać nad ich realizmem — podobne uwagi pojawiają się zresztą również w opiniach czytelników. Ale wiecie co? Przy tej książce kompletnie mi to nie przeszkodziło w dobrej zabawie. Czytałam szybko, chciałam wiedzieć, co będzie dalej, snułam własne teorie, zmieniałam je i przede wszystkim nie nudziłam się ani przez chwilę.

Czy warto przeczytać?

Tak. Szczególnie jeśli tak jak ja lubicie kryminały i thrillery, w których autor podrzuca kolejne elementy układanki i pozwala czytelnikowi uwierzyć, że już zna rozwiązanie. „Przez pomyłkę” nie jest ciężkim, brutalnym kryminałem. To raczej bardzo sprawnie opowiedziana historia o tajemnicach, konsekwencjach dawnych decyzji i przeszłości, która pewnego dnia może zapukać do drzwi.

A ja? Ja już wiem, że na jednym spotkaniu z Agnieszką Peszek się nie skończy.

Skoro nazwałam ją moją polską Freidą McFadden, to chyba właśnie wpisałam się na kolejne czytelnicze kłopoty. I bardzo dobrze. 

Codziennik Zadumanej #30

Dzisiejszy dzień zaczął się w szkole i od razu na wysokich obrotach, bo czekało mnie szkolenie z integracji bilateralnej, które – ku mojej wielkiej radości – okazało się jednym z tych, po których człowiek nie wychodzi jedynie z zaświadczeniem do kolekcji, ale również z głową pełną pomysłów. Świetne ćwiczenia, mnóstwo rzeczy do wykorzystania podczas terapii, na WF-ie czy nawet w czasie krótkich przerw śródlekcyjnych, więc mój nauczycielski chomik natychmiast zaczął wszystko gromadzić, segregować i zastanawiać się, gdzie to zastosuje. Najwyraźniej trzydzieści lat w zawodzie nadal nie wyleczyło mnie z przypadłości pod tytułem „o, to jest świetne, muszę spróbować”, choć podobno na pewnym etapie człowiek powinien już tylko spokojnie odcinać kupony od doświadczenia. Ja najwyraźniej instrukcji nie przeczytałam.

Przy okazji szkolnego pobytu dostałam też małą porcję życiowej refleksji, bo niezmiennie fascynują mnie osoby, które same bardzo rozsądnie oszczędzają energię, za to niezwykle troszczą się o tych, którzy zużywają jej trochę więcej. 😁 Kiedy więc usłyszałam, że może już wystarczy tych innowacji i projektów, przez moment poczułam się niemal winna, że znowu coś wymyślam, organizuję i próbuję robić inaczej. Na szczęście poczucie winy trwało mniej więcej tyle, ile trwa u mnie postanowienie, że kupię tylko jedną książkę. Każdy ma przecież własny sposób na bycie nauczycielem. Jedni lubią projekty, innowacje, nowe pomysły i sprawdzanie, co jeszcze można zrobić z dzieciakami, inni wolą spokojniejszą wersję tego zawodu, a jeszcze inni najwyraźniej rozwijają kompetencje w zakresie komentowania cudzej aktywności. I właściwie dobrze, że jesteśmy różni, chociaż tej ostatniej specjalizacji raczej nie wpiszę sobie do planu rozwoju. 😉

Po szkoleniu, zamiast wykazać się resztką rozsądku i wrócić prosto do domu, zrobiłam coś naprawdę zaskakującego – pojechałam do Warszawy. Tak, ja. Do Warszawy. Ostatnio zaczynam tam bywać z częstotliwością, która może budzić podejrzenia, że potajemnie próbuję zostać warszawianką. 😁 Miałam jedno miejsce do sprawdzenia, więc skoro już dotarłam, trochę pospacerowałam, popatrzyłam na miasto i nawet przez chwilę wydawało mi się, że mam jeszcze całkiem sporo energii. Było to bardzo optymistyczne założenie, które mój organizm zweryfikował natychmiast po powrocie do domu.

Teraz nie jestem zmęczona. Zmęczenie to byłoby zdecydowanie zbyt eleganckie określenie mojego obecnego stanu. Jestem skonana, moja bateria pokazuje jakieś minus siedem procent, a ciało najwyraźniej przeszło w tryb awaryjny i odmawia dalszych negocjacji. Dlatego dzisiaj nie będzie ambitnego wieczoru, nadrabiania czegokolwiek, czytania do późna ani udowadniania światu, że o osiemnastej porządni ludzie jeszcze funkcjonują. Kit z tym, że dopiero osiemnasta. Łóżko jest gotowe, ja również, a jeśli ktoś uważa, że to za wcześnie, może sobie w tym czasie zrobić jakąś innowację albo projekt. Ja wyjątkowo nie będę. 😁

I chyba właśnie z takim wnioskiem kończę ten intensywny dzień: nadal chcę być człowiekiem, któremu się chce. Chcę próbować nowych rzeczy, uczyć się, wymyślać, czasem przesadzać z liczbą pomysłów i wracać ze szkolenia z głową pełną „a może jeszcze to…”. Cudze komentarze mogą sobie spokojnie istnieć obok, bo nie wszystko, co ktoś mówi o naszych działaniach, musi od razu stawać się naszą prawdą. A jeśli kiedyś naprawdę uznam, że tych projektów i innowacji jest za dużo, chciałabym dojść do tego wniosku sama. Najlepiej po bardzo długim namyśle. I zdecydowanie nie dzisiaj, bo dzisiaj o osiemnastej kończę działalność edukacyjną, społeczną, kulturalną oraz miejską i udaję się na zasłużony spoczynek. Dobranoc. 😁