"Topniejące serce" - Joanna Tekieli o tym, że nie wszystko topnieje od razu

Zimowe wyzwanie czytelnicze trwa u mnie dalej. Czytam książki świąteczno-zimowe aż do 2 lutego, trochę na przekór kalendarzowi, a trochę dlatego, że styczeń nadal domaga się ciepłych historii. Takich, które nie pędzą, nie hałasują, tylko pozwalają na spokojne bycie tu i teraz. Topniejące serce Joanny Tekieli idealnie wpisuje się w ten czas. To książka, która nie obiecuje spektakularnych zwrotów akcji. Zamiast tego opowiada o emocjach, które zmieniają się powoli. Jak lód wystawiony na słońce nie znika od razu, ale dzień po dniu traci swoją twardość. I właśnie ta powolność najbardziej mnie tu ujęła.

Czytając, miałam wrażenie, że autorka bardzo dobrze rozumie ludzi zmęczonych. Takich, którzy niekoniecznie potrzebują wielkich deklaracji, tylko zwykłej obecności, rozmowy, gestu. Bohaterowie tej historii nie są idealni. Mają swoje zahamowania, lęki i doświadczenia, które sprawiły, że serce najpierw zamarzło, zanim zaczęło topnieć. To opowieść o tym, że bliskość nie zawsze przychodzi z hukiem. Czasem pojawia się cicho, niepewnie, trochę nieporadnie. I że zaufanie to proces, a nie decyzja podjęta w jednej chwili.

Podobało mi się to, że książka nie udaje, iż wszystko da się naprawić szybko i bezboleśnie. Jest w niej realizm emocjonalny, który sprawia, że czyta się ją spokojnie, bez presji „happy endu na już”. Raczej z myślą, że każdy ma swoje tempo i że to tempo warto uszanować.

Topniejące serce to dobra lektura na zimowy czas po świętach. Kiedy emocje już opadły, a codzienność wraca, ale nadal potrzebuje miękkości. To książka, która nie rozgrzewa gwałtownie, lecz stopniowo. I zostawia po sobie ciepło, które nie znika od razu po zamknięciu ostatniej strony.

W zimowym czytaniu coraz bardziej doceniam właśnie takie historie. Nienachalne. Spokojne. Takie, które nie próbują mnie zmienić, tylko delikatnie przypominają, że nawet najbardziej zmarznięte serce może kiedyś zacząć topnieć.

Najtrudniejsze rozmowy prowadzę… sama ze sobą

Najtrudniejsze rozmowy nie dzieją się przy stole. Nie wymagają odwagi, żeby spojrzeć komuś w oczy. Nie mają świadków. Najtrudniejsze rozmowy prowadzę… sama ze sobą. Zimą ten wewnętrzny dialog robi się głośniejszy. Jakby cisza i krótkie dni dawały mu więcej przestrzeni. Jakby świat, który zwalnia, mówił: „no dobrze, teraz posłuchaj”. I wtedy odzywa się on. Wewnętrzny krytyk.

Ten, który  zna mnie za dobrze. Wie, gdzie dotknąć. Wie, co wypomnieć. Wie, jak podać myśl w taki sposób, żeby zabrzmiała jak fakt, a nie opinia. „Mogłaś bardziej.” „Znowu nie dałaś rady.” „Inni jakoś potrafią.” „Co z tobą nie tak?”

Nie krzyczy. On mówi spokojnie. Czasem nawet logicznie. I właśnie dlatego bywa tak przekonujący. Najtrudniejsze w tych rozmowach jest to, że nie mogę wyjść z pokoju. Nie mogę zmienić tematu. Nie mogę udawać, że nie słyszę. Bo ten głos jest we mnie.

Przez długi czas myślałam, że muszę z nim walczyć. Zamykać go. Uciskać motywacyjnymi hasłami. Zagłuszać działaniem. A potem zaczęłam uczyć się czegoś innego: słuchać uważniej. Nie po to, żeby się zgadzać. Ale żeby zrozumieć, skąd ten głos się bierze. Bo często pod krytyką nie ma złośliwości. Jest zmęczenie. Lęk. Potrzeba bezpieczeństwa, która nie umie mówić łagodnie.

Zimą ten dialog uczy mnie jednej ważnej rzeczy: że sposób, w jaki mówię do siebie, ma znaczenie. Że słowa, których nikt nie słyszy, zostają najdłużej.

Coraz częściej próbuję więc odpowiadać inaczej. Nie ostro. Nie surowo. Ale tak, jak mówi się do kogoś, na kim naprawdę nam zależy. „Robisz, ile możesz.” „Masz prawo być zmęczona.” „To wystarczy na dziś.”

To wciąż nie są łatwe rozmowy. Ale są uczciwsze. I trochę cieplejsze. Bo jeśli już muszę prowadzić te najtrudniejsze rozmowy sama ze sobą… to chcę przynajmniej być po swojej stronie.

To, co mnie rozgrzewa – niekoniecznie herbata

Zima sprawia, że zaczynam uważniej patrzeć na drobiazgi. Na to, co mnie zatrzymuje. Co daje poczucie ciepła, nawet wtedy, gdy za oknem zimno i szaro. Herbata jest jednym z tych rytuałów. Ale nie jedynym. Bo z czasem odkryłam, że najbardziej rozgrzewają mnie rzeczy, których nie da się zmierzyć temperaturą. Oczywiście, herbata pomaga. Nie będę udawać bohaterki. Ale to nie ona trzyma mnie w pionie, kiedy za oknem szaro, a dzień zaczyna się bez entuzjazmu. Mnie rozgrzewają rzeczy mniej oczywiste.

Rozgrzewa mnie światło zapalone wcześniej, zanim zrobi się naprawdę ciemno. Takie małe oszustwo wobec zimy: „nie, nie będę czekać aż mnie zmęczysz”.

Rozgrzewa mnie cisza. Nie ta wielka, filozoficzna. Ta zwyczajna. Kiedy nikt nic ode mnie nie chce, a ja nie muszę niczego udowadniać.

Rozgrzewa mnie śmiech, który pojawia się znienacka. Nie na zawołanie. Nie z planu. Taki, który przychodzi w środku zwyczajnego dnia i przypomina, że życie nadal potrafi być lekkie.

Rozgrzewa mnie myśl, że nie wszystko muszę ogarniać. Że mogę dziś zrobić mniej. Że mogę być wolniejsza. Że świat się od tego nie zawali, a ja wręcz przeciwnie - trochę się poskładam.

Rozgrzewają mnie też ludzie. Ci „zimowi”. Którzy nie potrzebują planów, atrakcji i fajerwerków.
Wystarczy im rozmowa, herbata (no dobrze, tu jednak wraca), i zwykłe „jak się masz?” zadane bez pośpiechu.

I jeszcze jedno mnie rozgrzewa. Tak po cichu, wieczorami. Filmiki na YouTube z ośnieżonymi ulicami, światłem w oknach i lekkim jazzem w tle. Nic się tam nie dzieje, a jednak dzieje się wszystko - spokój, ciepło i takie poczucie, że świat na chwilę przestaje się spieszyć.

I w końcu rozgrzewa mnie zgoda na to, że zima nie jest porą na błyszczenie. Jest porą na bycie. Na trwanie. Na rozgrzewanie się od środka.

Może dlatego przestałam szukać jednej rzeczy, która mnie uratuje przed chłodem. Bo ciepło nie zawsze przychodzi spektakularnie. Często przychodzi po cichu. W drobiazgach. W wyborach. W decyzji, żeby dziś być dla siebie trochę łagodniejszą.

A herbata? Niech sobie będzie. Ale niech nie bierze całej zasługi.

Zimowe bingo - czyli jak na chwilę zostać dzieckiem

Gdzieś w Internecie mignęło mi ostatnio zimowe bingo. Taka plansza z prostymi zadaniami: coś zobaczyć, coś zrobić, coś poczuć. Niby nic wielkiego. A jednak zatrzymałam się przy tym na dłużej. Bo nagle przypomniało mi się, jak to było być dzieckiem. Kiedy zima nie była problemem logistycznym, tylko przygodą. Kiedy śnieg oznaczał radość, a nie odśnieżanie. Kiedy zwykłe rzeczy wystarczały, żeby dzień był „udany”. Zimowe bingo nie jest po to, żeby coś zaliczać. Nie ma punktów, nagród ani presji. Jest raczej zaproszeniem, żeby zauważyć zimę, a nie tylko ją przetrwać. Bo dorosłość często robi nam z życia listę zadań. A bingo robi coś odwrotnego - zamienia codzienność w zabawę.

I nagle wyjście na spacer staje się „odhaczaniem pola”, gorąca herbata ma smak zwycięstwa, a śnieg skrzypiący pod butami jest „zadaniem wykonanym”.

Po co to wszystko?

Po to, żeby poczuć lekkość, której zimą tak łatwo nam brakuje. Po to, żeby dać sobie zgodę na drobne radości bez tłumaczenia się, że „to głupie” albo „dziecinne”. Po to, żeby przypomnieć sobie, że przyjemność nie musi być zasłużona.

Zimowe bingo daje coś jeszcze: uważność. Zmusza do patrzenia. Do bycia tu i teraz. Do zauważania rzeczy, które normalnie by nam umknęły.

A jakie zadania mogłyby się w nim znaleźć? Na przykład takie:

  • wypić herbatę z ulubionego kubka,
  • posłuchać ciszy po opadach śniegu,
  • zrobić ślad aniołka na śniegu (tak, nawet dorosłym wolno),
  • zobaczyć zachód słońca zimą,
  • wyjść na spacer bez celu,
  • zapalić świecę w środku dnia,
  • założyć najcieplejszy sweter i nie mieć z tego wyrzutów,
  • zrobić coś tylko dlatego, że sprawia przyjemność.
Nic spektakularnego. A jednak wystarczająco.

Zimowe bingo nie zmienia życia. Ale zmienia nastawienie. Zamiast „muszę przetrwać zimę” pojawia się: „ciekawe, co dziś wpadnie do mojego bingo”. I może właśnie o to chodzi. Żeby czasem nie być taką bardzo dorosłą. Żeby pozwolić sobie na radość bez powodu. Żeby choć na chwilę poczuć się jak dziecko, które cieszy się zimą, a nie ją analizuje. Ja chyba spróbuję. Nie dla wyniku. Dla tej iskry, która przypomina, że życie może być też zabawą.

Jeśli masz ochotę, możesz skorzystać z tej karty. Bez presji, bez odhaczania - tak, jak Ci będzie dobrze.

Nie wszystko trzeba naprawiać

Dojrzałość przyszła do mnie cicho. Nie z wielkimi wnioskami, nie z gotową odpowiedzią na wszystko. Przyszła z jedną prostą myślą, która z czasem zaczęła układać mi świat: nie wszystko trzeba naprawiać. Nie każdą relację. Nie każde uczucie. Nie każdy stan, w którym akurat jestem. Przez długi czas myślałam, że dorosłość polega na działaniu. Na reagowaniu od razu. Na poprawianiu, wyjaśnianiu, naprawianiu siebie, innych, sytuacji. Jakby każda trudność była zadaniem do rozwiązania, a każdy brak spokoju błędem, który trzeba jak najszybciej usunąć. A potem zaczęłam zauważać, że niektóre rzeczy wcale nie chcą być ruszane. Że im bardziej się przy nich krzątam, tym mniej jest w nich miejsca na oddech.

Są relacje, które potrzebują ciszy, a nie rozmowy. Są uczucia, które chcą być przeżyte, a nie wytłumaczone. Są stany, które same mijają, jeśli nie próbuję ich przyspieszyć ani wypchnąć z siebie na siłę. Są rzeczy, które potrzebują czasu, a nie interwencji. Są sprawy, które same się układają, jeśli się im nie przeszkadza. I są momenty, w których najlepszym wyborem jest zostawienie wszystkiego w spokoju - nie z obojętności, ale z uważności.

To nie jest rezygnacja. To nie jest poddanie się. To jest zaufanie. Do siebie, że poradzę sobie także wtedy, gdy nie robię nic spektakularnego. Do procesu, że życie ma swoje tempo i nie zawsze potrzebuje mojej kontroli. Do życia, które czasem wie lepiej, niż my byśmy chciały.

Coraz częściej wybieram nienaprawianie. Nie dlatego, że mi nie zależy. Ale dlatego, że zależy mi mądrzej. I w tym wyborze jest dużo więcej pokoju niż w ciągłym działaniu, niż w poprawianiu wszystkiego na siłę, niż w przekonaniu, że jeśli czegoś nie ruszę, to coś stracę.

Czasem największą zmianą jest właśnie to, że pozwalam rzeczom być takimi, jakie są. I sobie też.

"Świąteczna mozaika" - Natasza Socha o tym, że z małych historii składa się coś większego

W zimowym wyzwaniu czytelniczym najbardziej lubię ten moment, kiedy książka nie próbuje być „jedną wielką opowieścią”. Kiedy zamiast tego podaje kilka mniejszych historii - takich, które same w sobie są niepozorne, ale razem zaczynają tworzyć sens. Świąteczna mozaika Nataszy Sochy dokładnie taka jest. To zbiór losów, emocji i drobnych chwil, które jak w prawdziwym życiu, nie zawsze układają się idealnie, ale razem tworzą obraz ciepły i znajomy.

Czytałam tę książkę spokojnie, fragmentami, bez potrzeby połykania jej naraz. Każda historia była jak osobny kawałek, trochę inna, z innym nastrojem, inną wrażliwością. Jedna bardziej wzruszająca, inna lżejsza, jeszcze inna skłaniająca do zatrzymania się na chwilę.

Podobało mi się to, że autorka nie próbuje na siłę ujednolicić emocji. Pozwala im być różnymi. Bo przecież święta też takie są. Dla jednych radosne, dla innych trudne, czasem samotne, czasem pełne nadziei. I wszystkie te odcienie mają tu swoje miejsce. To nie jest książka, która zaskakuje fabularnie. Ale też nie musi. Jej siła tkwi w zwyczajności. W tym, że łatwo odnaleźć w niej siebie albo kogoś znajomego. Że czytając, człowiek myśli, że to mogłoby wydarzyć się naprawdę.

W styczniu - kiedy świąteczny gwar już ucichł, a codzienność powoli wraca na swoje tory - Świąteczna mozaika działa wyjątkowo dobrze. Nie rozprasza. Nie męczy. Raczej pozwala miękko wejść w nowy rytm, bez nagłego szarpania emocji. To jedna z tych książek, które nie zostawiają jednego wielkiego wrażenia, ale zostawiają wiele małych myśli. A one - jak elementy mozaiki - zostają w pamięci na dłużej, niż się spodziewamy. I chyba właśnie o to w zimowym czytaniu chodzi. Nie o fajerwerki. O spokojne składanie siebie z drobnych chwil. 

Dzień bez zachwytu. I całe szczęście

Są poranki, które nie zaczynają się dobrze ani źle. Zaczynają się… neutralnie. Bez energii, planów. potrzeby zachwytu nad nowym dniem i bez wewnętrznego coacha krzyczącego: „Dzisiaj możesz wszystko!” I kiedyś myślałam, że to problem, że dzień powinien zaczynać się od motywacji, celu, chęci podbijania świata jeszcze przed pierwszą kawą. Że jeśli nie wstaję z uśmiechem, to coś jest nie tak. Ze mną. Z życiem. Z poniedziałkiem. Dziś już wiem, że to była lekka przesada. I że nie każdy poranek musi być jak reklama jogurtu.

Dziś pozwalam sobie na poranki, które niczego nie obiecują. Wstaję. Robię kawę. Czasem nawet dwie, tak na wszelki wypadek. Jestem. Bez fajerwerków. Bez listy „muszę”. Bez presji, że jeśli teraz nie czuję sensu życia, to dzień się nie zaliczy.

Nie każdy dzień musi mnie zachwycać. Nie każdy poranek musi mnie pchać do przodu jak dobrze naoliwiona lokomotywa. Czasem wystarczy, że nie ciągnie mnie w dół. I to już jest sukces, nawet jeśli bez fanfar.

Neutralność bywa niedoceniana. Bo nie błyszczy. Nie nadaje się na cytat motywacyjny z brokatem. Nie krzyczy: „Patrzcie na mnie!” A przecież to ona daje stabilność. To ona pozwala iść dalej bez nadwyrężania siebie. Bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek, nawet sobie.

Neutralny poranek to nie porażka. To dzień, który mówi cicho: „Możesz dziś po prostu być. I to naprawdę wystarczy.” I może właśnie od takich poranków zaczyna się najzdrowsza wersja życia.

Miłość nie odchodzi

Są dni, które same proszą o ciszę. Nie o milczenie z pustki, ale o takie, w którym słowa ważą więcej niż zwykle. Dziś jest właśnie taki dzień.

Ktoś żegna Mamę. A razem z tym pożegnaniem przychodzi świadomość, że życie nieodwracalnie się zmienia. Nie nagle. Raczej cicho. Jakby coś w świecie przesunęło się o milimetr, a jednak na zawsze.

W takich chwilach nie chcę skupiać się na stracie. Chcę zatrzymać się przy miłości, która była i która wcale nie znika. Bo relacje nie kończą się wraz z ostatnim pożegnaniem. One po prostu przechodzą w inną formę.

Miłość zostaje w pamięci. W gestach, które wracają po latach. W zdaniach, które nagle słyszymy w swojej głowie i wiemy dokładnie, czyj to głos. W wartościach, które ktoś nam zostawił, często nie mówiąc o nich ani słowa.

Wierzę z całego serca, że śmierć nie ma ostatniego słowa. Że nie zamyka, a raczej przenosi. Że to, co dobre, czułe i prawdziwe, nie kończy się tylko zmienia sposób bycia blisko.

Dziś jadę na pożegnanie z wdzięcznością. Za życie, które było darem. Za miłość, która nie potrzebuje obecności, by trwać. Za nadzieję, że nawet w najtrudniejszych chwilach można odnaleźć światło.

Bo miłość nie odchodzi. Ona zostaje - w sercu, w pamięci, w tym, kim się dzięki niej staliśmy. I to jest myśl, która dziś niesie mnie najdalej. 

Z dedykacją dla F

Zima obnaża prawdę o relacjach

Zimą relacje przechodzą cichy test. Bez zaproszeń na grilla. Bez długich wieczorów na tarasie. Bez „wpadajmy gdzieś, bo jest jasno i miło”. Zimą dzwoni się inaczej. Albo wcale. Nie ma pretekstu. Nie ma planów „przy okazji”. Jest zwykły dzień, krótki wieczór i pytanie: „Czy chce mi się zadzwonić tylko po to, żeby być?” I nagle robi się bardzo jasno.

Bo są ludzie od słońca. Od śmiechu na zewnątrz. Od zdjęć, wyjść, kalendarza pełnego planów. I są ludzie od zimy. Od herbaty. Od „jak się masz?” bez pośpiechu. Od bycia, kiedy nic się nie dzieje. Zima nie zabiera relacji. Ona je porządkuje. Pokazuje, kto dzwoni, kiedy nie ma atrakcji. Kto pisze, gdy dzień jest zwyczajny. Kto potrafi posiedzieć w ciszy, bez potrzeby rozrywki. I wcale nie chodzi o to, żeby kogokolwiek rozliczać.

Ludzie są różni. Jedni są na lato. Inni są na zimę. A jeszcze inni - na całe życie.

Z wiekiem coraz bardziej cenię tych „zimowych”. Tych, przy których nie muszę być w formie. Nie muszę mieć planu. Nie muszę świecić. Wystarczy, że jestem.

Bo prawda jest taka, że najważniejsze relacje nie potrzebują fajerwerków. One trzymają ciepło wtedy, gdy za oknem biało, cicho i zwyczajnie. A jeśli ktoś jest z Tobą właśnie wtedy - to naprawdę jest z Tobą.

Zwyczajny dzień też się liczy

Nie każdy dzień ma w sobie coś wyjątkowego. Nie każdy zasługuje na zapamiętanie, zdjęcie, zapis w kalendarzu ani chociażby notatkę: „tu wydarzyło się coś ważnego”. Większość dni jest po prostu… zwyczajna. Taka, co nie krzyczy i nie domaga się uwagi. Kiedyś miałam poczucie, że to za mało. Że życie powinno składać się z momentów, które coś znaczą. Z wydarzeń. Z emocji. Z przełomów. Najlepiej takich, które da się opowiedzieć przy kawie i które brzmią jak sensowna historia.

A potem przyszło życie. Bez dramaturgii. Bez muzyki w tle. Za to z listą rzeczy do zrobienia i obiadem do podgrzania. Dziś widzę to inaczej. To właśnie zwyczajne dni mnie niosą. Te, w których wstaję, robię swoje, wracam do domu i… nic się szczególnego nie dzieje. Nikt nie bije braw, nikt nie ogłasza sukcesu dnia. Nie ma ani euforii, ani dramatu. Jest za to ciągłość. I spokój, który nie zawsze od razu doceniam.

Zwyczajność jest cicha, ale wierna. Nie obiecuje cudów, nie składa deklaracji. Po prostu codziennie stawia się do roboty. Buduje życie kawałek po kawałku - trochę jak murarz, który nie robi zdjęć efektów, tylko pilnuje, żeby ściana się trzymała. Bez fajerwerków. Za to solidnie.

I coraz częściej myślę, że to wystarczy. Że nie muszę czekać na coś „więcej”, żeby uznać dzień za ważny. Że dzień, w którym nic się nie rozsypało, to już całkiem niezły dzień. Bo właśnie w tych zwykłych dniach dzieje się prawdziwe życie. Niepozorne. Niewybitne. Ale moje.

Małe rzeczy, które trzymają mnie w pionie zimą

Zimą nie szukam radości. One przychodzą albo nie i to nie zawsze zależy ode mnie. Szukam raczej kotwic. Rzeczy, które mnie trzymają, kiedy wszystko jest trochę wolniejsze, cięższe, bardziej szare. Kiedy ciało chce spać dłużej, a myśli nie mają ochoty na sprint. Ciepły sweter, który zawsze wisi w tym samym miejscu. Nie jest nowy ani specjalny. Po prostu czeka. Kawa pita spokojnie, nawet jeśli wiem, że dzień później przyspieszy i nie zapyta o zgodę. Światło zapalone wcześniej - tak na zapas, zanim zrobi się naprawdę ciemno, także w środku. Znajomy rytm poranka, który nie wymaga entuzjazmu ani planu na życie. Wystarczy, że jest.

Czasem taką kotwicą jest kuchnia. Blat, który znam na pamięć. Czajnik, który brzmi zawsze tak samo. Kubek, po który sięgam bez zastanowienia, jakby wiedział, co dziś uniesie. Mała choinka, jeszcze nie pożegnana, bo zima nie lubi pośpiechu. To drobiazgi. Nie rozwiązują problemów, nie zmieniają świata, nie robią spektaklu. Ale to one utrzymują mnie w pionie.

Zima nie jest dla mnie czasem wielkich zmian. Jest czasem podtrzymywania. Doglądania ognia, żeby nie zgasł. Przypominania sobie, że nie wszystko musi kwitnąć - niektóre rzeczy mają po prostu przetrwać. I coraz bardziej wierzę, że te małe kotwice są wystarczające. Nie robią hałasu. Nie wołają o uwagę. Po prostu są. A czasem to naprawdę wystarczy.

"Przerwa świąteczna" - Joanna Tekieli o słodyczy, która czasem naprawdę jest potrzebna

Jestem w trakcie zimowego wyzwania czytelniczego. Czytam książki świąteczno-zimowe aż do 2 lutego - bez pośpiechu, bez presji, raczej jak ktoś, kto świadomie wybiera ciepły sweter zamiast kolejnej warstwy zbroi. W tym rytmie trafiła do mnie Przerwa świąteczna Joanny Tekieli. I od razu uprzedzę: to książka bardzo słodka. Może nawet przesłodzona. Taka, przy której człowiek czasem przewraca oczami, a chwilę później… czyta dalej.

Bo choć fabularnie wszystko jest tu przewidywalne, miękkie i bezpieczne, to jest w tej historii coś, co w styczniu działa zaskakująco dobrze. To poczucie, że świat może być na chwilę prostszy. Że ludzie jednak się dogadują. Że problemy, nawet jeśli się pojawiają, nie przygniatają do ziemi.

Czytałam Przerwę świąteczną z myślą, że nie każda książka musi mnie rozbić emocjonalnie, zmusić do rachunku sumienia albo zostawić z pytaniami bez odpowiedzi. Czasem potrzeba historii, która po prostu otula. Która daje chwilę odpoczynku od ciężaru codzienności.

I tak - jest tu dużo dobra. Dużo ciepła. Dużo tego literackiego „będzie dobrze”, które w realnym życiu nie zawsze przychodzi łatwo. Ale może właśnie dlatego ta książka ma swoje miejsce.

Bo zimą - zwłaszcza tą poświąteczną, styczniową, długą - człowiek bywa zmęczony. Nawet jeśli nie potrafi tego nazwać. I wtedy taka opowieść działa jak kubek słodkiego kakao: nie zastąpi obiadu, ale potrafi poprawić nastrój.

Przerwa świąteczna nie udaje, że jest czymś więcej, niż jest. I to jej siła. Nie obiecuje głębi. Oferuje spokój. Nie stawia trudnych pytań. Daje chwilę wytchnienia. A ja myślę, że w czytaniu, tak jak w życiu, jest miejsce i na książki, które zostają z nami na długo, i na te, które po prostu pomagają przetrwać moment. I jedne, i drugie są potrzebne. Zwłaszcza zimą.

Biała zima

Kiedy spada śnieg, świat cichnie. Jakby ktoś przykrył go miękką warstwą spokoju i powiedział: „teraz wolniej”. Biała zima ma w sobie coś kojącego. Nie krzyczy kolorami, nie rozprasza. Uczy patrzeć prościej. Na drzewa bez liści. Na ślady na śniegu. Na światło, które odbija się od bieli i robi się jaśniej, nawet w pochmurny dzień. Lubię tę zimową ciszę. Nie tę martwą, ale tę, która pozwala usłyszeć własne myśli.

Spacer wśród białych pól czy zasypanych ulic nie wymaga rozmów ani pośpiechu. Wystarczy iść. Oddychać. Być.

Biała zima przypomina mi, że nie wszystko musi się dziać naraz. Że są pory, kiedy życie po prostu odpoczywa pod powierzchnią. Zatrzymane, ale nie martwe. Czekające.

Patrzę na te białe krajobrazy i myślę, że to dobry moment, żeby nie naciskać. Nie przyspieszać. Nie domagać się od siebie więcej, niż naprawdę mogę dać.

Zima nie kwitnie. Zima trwa. I w tym trwaniu jest więcej sensu, niż często chcemy przyznać. Może dlatego tak lubię patrzeć na białą zimę. Bo ona niczego ode mnie nie chce. Jest. I pozwala mi być taką samą.

"Bez śladu" - Linwood Barclay o ciszy, która zostaje po zniknięciu

Najbardziej niepokojące historie nie zaczynają się od krzyku. Zaczynają się od ciszy. Od pustego miejsca przy stole. Od telefonu, który nie dzwoni. Od pytania, które wisi w powietrzu i z każdą godziną waży coraz więcej. Bez śladu Linwooda Barclaya jest właśnie o takiej ciszy. O zniknięciu, które nie daje prostych odpowiedzi. O codzienności, która nagle traci swoją oczywistość, bo jeden element układanki po prostu… przestaje istnieć.

Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że Barclay celowo zwalnia. Nie pędzi za sensacją, nie epatuje dramatem. Zamiast tego pozwala, by napięcie narastało powoli, razem z niepokojem bohaterów i z bezradnością tych, którzy zostali. Bo co zrobić, kiedy nie ma ciała, śladów, wyjaśnień? Kiedy wszystko kończy się na słowach: nie wiemy?

To, co szczególnie mnie poruszyło, to sposób, w jaki autor pokazuje emocje ludzi pozostawionych w zawieszeniu. Strach miesza się tu z nadzieją. Złość z poczuciem winy. A każda kolejna teoria zamiast uspokajać, tylko bardziej rozwiewa rzeczywistość.

Barclay bardzo dobrze oddaje ten moment, w którym zaczynamy kwestionować wszystko. Relacje. Wspomnienia. Własne przekonania. Bo jeśli ktoś mógł zniknąć bez śladu, to może nigdy nie znaliśmy go tak dobrze, jak nam się wydawało.

To nie jest thriller, który czyta się dla samej zagadki. To książka o konsekwencjach braku odpowiedzi. O tym, jak długo można żyć pomiędzy nadzieją a rezygnacją. I jak cienka jest granica między chęcią poznania prawdy a lękiem przed tym, co ona może przynieść.

Po skończeniu Bez śladu długo siedziałam w ciszy. Z myślą, że najtrudniejsze historie to te, które nie domykają się jednym zdaniem. Które zostawiają człowieka z pytaniami i z poczuciem, że nie wszystko w życiu musi mieć jasne zakończenie. To książka dobra na czas zadumy. Na moment zatrzymania. Na uświadomienie sobie, że brak odpowiedzi też bywa odpowiedzią, tylko taką, z którą trzeba nauczyć się żyć.

Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, które nie krzyczą, a raczej cicho, uparcie siedzą w głowie Bez śladu zostanie z Wami na długo.


Cisza, która uczy

Są takie momenty w życiu, kiedy wszystko nagle cichnie. Nie dlatego, że tak chcemy, ale dlatego, że tak się dzieje. Świat obraca się jakby wolniej, ludzie znikają z pierwszego planu, a my zostajemy sam na sam ze sobą. Kiedyś bałam się tej ciszy. Wydawała mi się pustką, stratą, czymś, co trzeba jak najszybciej wypełnić — rozmową, ruchem, decyzją, byle nie zostać z tym, co w środku. Dziś patrzę na nią inaczej. Bo właśnie cisza nauczyła mnie najwięcej.

W ciszy zobaczyłam, że mogę stanąć na nogi nawet wtedy, kiedy nikt mnie nie trzyma. Że potrafię dźwigać siebie, chociaż kiedyś wydawało mi się to niemożliwe. Że umiem żyć bez rzeczy, które myślałam, że są mi niezbędne.

Samotność po trudnych doświadczeniach nie była łatwa, ale była uczciwa. Zdjęła ze mnie to, co nieprawdziwe. Oddzieliła to, co było złudzeniem, od tego, co naprawdę we mnie zostało.

W ciszy nauczyłam się przede wszystkim słuchać siebie, a nie cudzych oczekiwań, nie bać się własnych uczuć, nie gonić za akceptacją, której nie potrzebuję i wybierać spokój zamiast chaosu.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że im bardziej oswajałam samotność, tym mniej była samotnością. Zamieniła się w przestrzeń dojrzewania. W momenty, kiedy mogłam zobaczyć, kim jestem bez tego wszystkiego, co mnie kiedyś przygniatało.

Cisza nie zabrała mi życia. Cisza nauczyła mnie je widzieć. Prościej. Prawdziwiej. Bez udawania. I może właśnie dlatego nie uciekam już przed nią. Bo wiem, że to w niej rośnie to, co ma przetrwać.

Przeprowadzka, która ocaliła

Są decyzje, których człowiek nie planuje - ale które zmieniają wszystko. Moja przeprowadzka była dokładnie taka. Nie z marzeń, nie z zachwytu, nie z wygody. Z potrzeby ratunku. Kiedy zamykałam za sobą drzwi tamtego życia, czułam, jak pęka coś, co długo udawałam, że trzyma mnie w całości. A jednocześnie - pierwszy raz od dawna mogłam oddychać.

Nowe miejsce nie uzdrawia od razu. Nie wymazuje przeszłości, nie skleja serca w jeden dzień. Ale daje przestrzeń, w której można na nowo usłyszeć siebie. W Piastowie uczyłam się prostych rzeczy: wstać rano z łóżka bez ciężaru w klatce, zaparzyć kawę dla siebie, nie „bo trzeba”, poczuć, jak to jest, kiedy dzień nie zaczyna się bólem.

Z czasem odkryłam, że ta przeprowadzka nie była ucieczką. Była wyborem życia. Decyzją o tym, że nie będę stała w miejscu, które mnie rani. Że zasługuję na spokój. Na jasne okno. Na oddech, którego nikt mi nie zabiera.

To tutaj zrozumiałam, że siła nie polega na trwaniu za wszelką cenę. Siła polega na odejściu. Na postawieniu granicy. Na powiedzeniu: „Chcę inaczej”.

Przeprowadzka nie była wygodna ani łatwa. Ale była ocaleniem. Cichym, prostym, codziennym. I za każdym razem, kiedy wracam do mojego mieszkania, wiem jedno: Urósł tu ktoś, kto jeszcze kilka lat temu w siebie nie wierzył. I to chyba największy cud tej historii.

#Instaświęta - Natasza Socha o świętach bez filtra i o zmęczeniu byciem idealnym

Jest 5 stycznia. Choinka stoi twardo, światełka zapalam z potrzeby, nie z przyzwyczajenia. Święta są już za nami, ale ich echo jeszcze krąży po domu - w zapachu pomarańczy, w ciszy po gościach, w tym spokojnym zmęczeniu, które nie znika razem z kalendarzem. To właśnie w takim momencie czytam książki świąteczne. Nie wtedy, gdy wszystko jeszcze błyszczy i pędzi, ale wtedy, gdy można usiąść spokojnie i zobaczyć, co tak naprawdę zostało.

#Instaświęta Nataszy Sochy bardzo pasują do tego czasu „po”. Do momentu, w którym już nie trzeba udawać nastroju. Nie trzeba się uśmiechać na zawołanie ani robić zdjęć stołu, który dawno został sprzątnięty.

To książka o świętach bez filtra - i właśnie dlatego najlepiej czyta się ją wtedy, gdy filtr przestaje być potrzebny. Kiedy widać zmęczenie, niedopowiedzenia, drobne pęknięcia pod warstwą dekoracji. Natasza Socha pisze o ludziach, którzy bardzo się starają, żeby było pięknie. I o tym, jak łatwo w tym staraniu zgubić siebie.

Czytając w styczniu, czułam większą uważność. Mniej oczekiwań, więcej prawdy. Historie z książki nie były już „świąteczne” w dosłownym sensie, lecz stały się opowieścią o relacjach, o potrzebie bycia zauważonym, o zmęczeniu idealnością.

Najbardziej poruszyło mnie to, jak bardzo te historie zostają aktualne po świętach. Bo presja nie znika wraz z kalendarzem. Ona tylko zmienia formę. Nadal chcemy dobrze wypaść, dobrze wyglądać, dobrze wypaść w cudzych oczach, nawet jeśli już nie ma choinki w kadrze.

Po #Instaświętach miałam ochotę wyłączyć telefon. Usiąść w ciszy. Pozwolić sobie na zwyczajność. I pomyśleć, że może właśnie teraz, kiedy nic nie trzeba, jest najlepszy moment na prawdziwą rozmowę.

To dobra książka na czas „pomiędzy”. Między świętami a codziennością. Między tym, co pokazujemy, a tym, co naprawdę czujemy. I jeśli miałabym polecić moment na jej przeczytanie, to właśnie ten. Gdy wszystko już się wydarzyło. I można wreszcie spokojnie spojrzeć bez filtra.

Jedno słowo na rok - jakie chcę mieć przy sobie

Nie chcę listy celów. Nie chcę planu rozpisanego na dwanaście miesięcy. Ten rok chcę przejść inaczej - z jednym słowem, które będzie mi towarzyszyć, a nie mnie poganiać. Moje słowo na ten rok to: Wzrastam. Nie „muszę”. Nie „powinnam”. Nie „naprawiam się”. Po prostu - wzrastam.

Wzrastam w spokoju. Uczę się nie reagować od razu, nie brać wszystkiego na siebie, nie walczyć tam, gdzie wystarczy odpuścić. Spokój nie jest u mnie brakiem emocji. Jest wyborem. Codziennym, czasem trudnym, ale coraz bardziej świadomym.

Wzrastam w odwadze bycia sobą. Nie tą wersją, która wszystkim pasuje. Nie tą, która się dopasowuje, tłumaczy i przeprasza za istnienie. Wzrastam w zgodzie na to, kim jestem naprawdę - z moją wrażliwością, ciszą, tempem i granicami.

Wzrastam powoli. Jak coś, co potrzebuje czasu, światła i cierpliwości. Nie wszystko widać od razu. Nie każdy dzień przynosi efekt. Ale każdy dzień coś we mnie umacnia.

To słowo nie stawia mi poprzeczki. Ono mnie podtrzymuje. Przypomina, że nawet wtedy, gdy stoję w miejscu, coś we mnie dojrzewa. Że wzrost nie zawsze jest spektakularny - czasem jest cichy i ukryty.

Chcę nosić to słowo przy sobie w dniach dobrych i w tych trudniejszych. Kiedy będę miała wrażenie, że wracam do punktu wyjścia. Kiedy zabraknie mi pewności. Kiedy będę potrzebowała przypomnienia, że jestem w drodze.

Wzrastam.
W spokoju.
W odwadze bycia sobą.
I to jest dokładnie tyle, ile na ten rok potrzebuję.

Zimowy poranek – jak naprawdę zaczynam dzień

Zimowy poranek ma swoje zasady. Pierwsza brzmi: nie wyskakujemy z łóżka jak w reklamie kawy. Nikt rozsądny tego nie robi, zwłaszcza gdy za oknem ciemno, zimno i świat wygląda, jakby sam jeszcze nie był gotowy. Mój dzień zaczyna się więc powoli. Najpierw jest moment negocjacji z budzikiem - takich bardzo poważnych, na zasadzie: „Jeszcze pięć minut i obiecuję, że będę dorosła”.

Potem przeciąganie się pod kołdrą, które trwa dłużej niż powinno, ale krócej niż bym chciała. Zanim dotknę podłogi, muszę mentalnie zaakceptować fakt, że ona nie będzie ciepła. To ważny etap poranka. Nie wolno go pomijać. Dopiero potem przychodzi kawa. Nie taka na szybko, nie „byle jaka”. Kawa, która mówi: „Dobrze, jesteśmy już razem, damy radę”. Czasem wypijana w ciszy, czasem z myślami, które jeszcze nie do końca się obudziły, ale już próbują coś komentować.

Zimowe poranki są dla mnie inne niż wszystkie. Bardziej miękkie. Mniej ambitne. Nie wymagają od razu wielkich planów i natychmiastowej produktywności. Często wyglądają tak: ciepły sweter, zaparowane okno, światło, które dopiero się zbiera, żeby wstać. I ja - jeszcze trochę wczorajsza, jeszcze nie do końca gotowa, ale już obecna. Nie zaczynam dnia od „muszę”. Zaczynam od „jestem”. I to w zupełności wystarcza.

Bo zimowy poranek nie chce, żebym była szybka i idealna. On chce, żebym była ciepła. Dla siebie.